Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą gera. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 września 2013

summer race, day 2.

Drugi dzień naszego wyścigu rozpoczął się dla mnie o 6 rano, dokładnie po dwóch godzinach snu.
Chwilowa dezorientacja - 'Gdzie ja właściwie jestem?', ale ponure wnętrze moment później okazało się być paką ciężarówki. No tak, czyli tajemnicza sprawa bólu karku została rozwiązana!
Plan był dobry - wstać tak wcześnie i zacząć łapać stopa, zanim inni zdołają wygramolić się z bolącymi głowami ze swoich namiotów. Oczywiście nie wyszło, bo zanim wzięłyśmy prysznic, zjadłyśmy śniadanie, to już pierwsi niewyraźnie wyglądający zielonokoszulkowcy pojawili się na horyzoncie.
Hmm, może właśnie dlatego nie zdążyłyśmy przed resztą? Bo musiałyśmy bawić się w robienie głupich min? Niee, to na pewno nie to
Z czasem było ich coraz więcej, a chętnych, żeby nas gdzieś podrzucić wcale nie przybywało.
Ostatecznie udało nam się wyprosić jakiegoś Pana o chyba najkrótszą podwózkę naszej wyprawy - wynosiła ona jakieś 3km, ale dla nas różnica była ogromna, bo wysadził nas na stacji benzynowej przy autostradzie. Wysiadłyśmy, usiadłyśmy na ławce, a ja grzecznie zabrałam się za wypisywanie na kartonie naszego następnego celu. Kątem oka zauważyłyśmy pana, który przyglądał nam się z zaciekawieniem. Podniosłyśmy więc nasze niedawno powstałe kartonowe dzieło przy jednoczesnym, specjalnie przygotowanym na takie okazje, uśmiechem numer 8.
Znowu przekonałyśmy się o sile jego działania, bo pan z chęcią zgodził się nas zabrać do Norymbergi.
Ta podwózka okazała się słodko-gorzka, bo właśnie w aucie tego pana zostawiłam swój telefon.
Momentalnie odechciało mi się jechać gdziekolwiek. Zaczęłyśmy wydzwaniać na mój numer, ale zorientowałyśmy się, że zostawiłam go na tylnym siedzeniu, a nasz kierowca jeszcze jest w drodze do Monachium. Postanowiłyśmy spróbować później jako, że moja bateria była na wyczerpaniu.
Tym razem chyba nasze zbolałe miny, a nie uśmiech numer 8, załatwiły nam podwózkę do Heilbronn. Z panem władającym jedynie niemieckim średnio udawało nam się dogadać, ale z pomocą przyszedł nam tata Josie oraz znajomy/a Polak/Polka (tego do tej pory nie wiemy) naszego kierowcy, do którego/której postanowił zadzwonić, widząc nasze zdezorientowane miny w odpowiedzi na jego obco dla nas brzmiące słowa. Heilbronn również okazało się dla nas łaskawe, bo szybko chęć podwiezienia nas wyraził wracający do domu mieszkaniec Karlsruhe. Pan opowiedział nam o swoim hobby, którym było chodzenie na mecze piłki nożnej i wyszukiwanie młodych talentów.
W między czasie okazało się, że z odzyskaniem telefonu może być trudno, bo Josie skończyły się środki na telefonie i nie mogłyśmy się już do mnie dobijać.
Karlsuhe. Ależ ze mnie rasowa autostopowiczka. Ho-ho!
To był dzień krótkich oczekiwań (No, poza pechową Gerą oczywiście, w której straciłyśmy pół dnia). W Karlsruhe w krótkim czasie znalazłyśmy nawet dwie podwózki. Jak się później okazało, zdecydowałyśmy się raczej na gorszą opcję, ale byle do przodu. A konkretnie do Baden-Baden, bo zdaje się, że wylądowałyśmy mniej więcej w tych okolicach. Tam załatwiłyśmy sobie podwózkę do Strasburga. W międzyczasie Josie doładowała telefon i mogłyśmy wskrzesić nasze próby dodzwonienia się na mój numer, ale było już za późno, musiał się rozładować. Pozostawało więc jedynie poinformowanie mamy, że żyję, ale niestety telefon przepadł. Okazało się, że nasz kierowca, u którego komórkę zostawiłam, rozmawiał z moją babcią, a raczej wujkiem i mama wysłała mu nasz adres, żeby mógł go odesłać. Z tym, że chyba za późno, bo telefon zdążył się rozładować. Co więcej niestety krótkie nieporozumienie sprawiło, że nasz kierowca zjechał z autostrady i wylądowałyśmy pod jakimś McDonalds'em.
Tam po raz kolejny miałyśmy okazję przekonać się, że Francuzi raczej poliglotami nie są.
Po jakimś czasie wreszcie udało mi się znaleźć osobę władającą, marnym, bo marnym, ale jednak angielskim. Pani próbując wytłumaczyć mi jak dojść do jakiejś stacji benzynowej przy autostradzie, doszła ostatecznie do wniosku, że nas tam podwiezie mimo tego, że to oznaczało, że przekroczymy ilość osób, które mogą przemieszczać się samochodem. Ściśnięci do granic możliwości po kilku minutach dotarliśmy na miejsce. Tam okazało się, że nie tylko my będziemy próbowały się stamtąd wydostać autostopem.
Oprócz nas byli nimi Florence - niska, siwowłosa Francuzka, na oko dobrze po pięćdziesiątce, ale pełna energii, która trochę się podłamała na początku widząc moją zieloną koszulkę, twierdząc, że nasi zwijali jej sprzed nosa wszystkie stopy, Kevin - dwudziestokilkuletni Francuzki z długimi włosami i gitarą jako towarzyszem podróży oraz pan, wyglądem przypominający bardziej menela niż obieżyświata, który jak na Francuza przystało umiał się popisać jedynie znajomością języka francuskiego.
Możecie sobie tylko wyobrazić moją minę, kiedy dowiedziałam się, że Florence jest mamą Kevina. Tak, mama podróżująca z synem autostopem. Właśnie to jest najciekawsze w takich wyprawach. Ludzie, od których pasja aż bije, którzy mogą sypać anegdotkami całą noc, a ty i tak nie będziesz się nudził ani przez sekundę. Okazało się jednak, że nie jest to dla nas najdogodniejsze miejsce, żeby ruszyć w kierunku Lyonu, więc musiałyśmy lekko zaktualizować nasza trasę.
To była najgorsza noc podczas całej wyprawy. Jedynym miłym akcentem był fakt, że miałyśmy towarzystwo oraz miła pracownica stacji, która postanowiła nas wszystkich poczęstować kawą.
To, że trudniej się łapie stopa nocą, chyba wiadomo. Nam nie udało się nic złapać. Opakowane w bluzy, kurtki i śpiwory spędziłyśmy noc na betonie, przed wejściem do sklepu na stacji, co jakiś czas zapadając w krótkie drzemki.
Byle do przodu! Wkrótce ciąg dalszy.
 Mapka z drugiego dnia:

 Podsumowanie (pominęłam te 2 bardzo króciutkie stopy przy statystykach związanych z odległościami):
Tego dnia pokonałyśmy około 590km. A to wszystko w 5 częściach.
Najdłuższy stop wynosił 226km, z Gery do Norymbergi.
Najkrótszy stop wynosił 39,7km, z Karlsruhe do Baden-Baden.
Wśród siedmiu kierowców było 6 mężczyzn i 1 kobieta. 5 Niemców, 2 Francuzów (tu już wzięłam pod uwagę nasze dwa króciutkie stopy).

piątek, 20 września 2013

summer race, day 1.

Sama z siebie jestem w tym momencie mega dumna, że zdecydowałam się na Summer Race. Pomimo wątpliwości, strachu, przestróg ze strony rodziny. To była piękna przygoda, która, chociaż może zabrzmi to górnolotnie, przywróciła mi wiarę w ludzi. A to wszystko przy minimalnym budżecie.

Startowaliśmy z Wrocławia. Prawie 350 osób, które postawiły sobie za punkt honoru dotarcie do Barcelony. Ludzi z plecakami można było zauważyć już na dworcu w Katowicach o 3 w nocy. Od 6 rano Wrocław zapełnił się zaspanymi ludźmi, którzy podążali jeden za drugim, bo przecież jak się zgubić to wspólnie. Ale zgubić nam się nie udało, a przynajmniej nie tam.
Wake Park, Wrocław. Miejsce startu wyścigu.
 Pierwsze znajomości, wymiana planów, oczekiwań. Tylko jak się najlepiej wydostać z tego Wrocławia?

Planu jak wydostać się z Wrocławia brak, ale byle do Drezna!
Nasz wybór, za radą starszego, wystraszonego taką chmarą ludziom pana, padł na podróż tramwajem na Leśnicę. Tam zlitował się nad nami pewien pan, który załatwił nam podwózkę do miejscowości Prochowice. Taka wioseczka, nie spodziewałam się, że złapiemy tam kolejnego stopa w mniej niż 5 minut.

Prochowice, nasze najkrótsze oczekiwanie na podwózkę tego dnia.
Naszym drugim kierowcą była kobieta, jak się później okazało jedyna, która w jakiś sposób przyczyniła się do naszego przyjazdu do stolicy Katalonii. Opowiadała nam o swoich przygodach związanych ze swoim podróżowaniem stopem po Turcji, a na koniec poczęstowała jabłkami.
Wysadziła nas kawałeczek od stacji benzynowej przy autostradzie. Kiedy tam doszłyśmy, okazało się, że jest to bardzo popularne miejsce wśród z wyścigu. Cała stacja mieniła się zielenią, która zdobiła nasze koszulki. Tam czekał nas dłuższy postój.

Zjazd zielonokoszulkowców w Legnicy.
Jednak po jakichś dwóch godzinach zatrzymał się uprzejmy Niemiec, który zawiózł nas do Drezna, a właściwie na stację benzynową przy autostradzie, bo postanowiłyśmy nie wjeżdżać do miast, gdzie ciężko idzie łapanie stopa.
Jednak i tam nie uwolniłyśmy się od plagi zielonych koszulek. Nie wiem, czy ludzi bali się zatrzymywać, kiedy zobaczyli taką wielką grupę, ale tam też przesiedziałyśmy dłuższą chwilę. Ale dzięki temu poznałam Natalię i Kasię. Czas spędzony na łapaniu stopa jakoś tak zaczął szybciej upływać, kiedy zaczęłyśmy się zapoznawać. W pewnym momencie podjeżdża auta, a właściwie taka mała ciężarówka. Więc ja i Natalia przywdziewamy swoje najpiękniejsze uśmiechy i zgrabnie zaczynamy machać naszymi kartonami z nazwami miejscowości. Miny jednak szybko nam zrzędły, kiedy zauważyłyśmy, że pan kierowca ma już dwóch zielonokoszulkowych pasażerów. Ten jednak zatrzymuje się przy nas i opuszcza szybę, mówiąc: 'Dziewczyny, jak chcecie, to zbierajcie wszystkich ze stacji i wsiadajcie na pakę. Tylko powoli, pojedynczo, żeby nie było przypału'. My uszczęśliwione lecimy po rzeczy, ale na twarzy profesjonalny poker face, żeby tajemnicy dotrzymać. I tak jak pan kierowca nakazał, zebrałyśmy wszystkich. Razem z nami całe 10 osób.
Podchodzimy, wchodzimy na pakę, okazuje się, że jest tam już szóstka pasażerów na gapę. Szybkie obliczenia... Tak jest, władowaliśmy się tam w 16 osób.

Podróż pierwszą klasą!
Pytam siedzących tam już wcześniej ludzi, ile czasu już jadą na tej pace. Pada prawdziwie polska odpowiedź - 'Yy, no wiesz co, jakieś 2 flaszki będzie.'
Pan kierowca jeszcze informuje nas, że trzeba zachować spokój i ciszę w miarę możliwości oraz że można zrobić listę, bo w drodze na miejsce on i dwóch zielonokoszulkowych, mających przywilej siedzenia z przodu, pójdą na zakupy.
No, nie powiem, żeby była to podróż pierwszą klasą, ale nie zamieniłabym jej na taką, bo była  najciekawsza na całej trasie i już robi za niezłą anegdotkę na spotkaniach ze znajomymi.

Ekipa z niebieskiego jeepa? Nie, z wypełnionej ludźmi paki.
Kiedy wreszcie dotarliśmy do Gery i udało nam się rozprostować zdrętwiałe kończyny, była godzina 22, więc postanowiliśmy wspólnie rozbić małe obozowisko, poznać się trochę, a stopowanie rozpocząć dopiero rano. Na szczęście obok parkingu, na którym nasz kierowca musiał zostać do poniedziałku, było wystarczająco dużo miejsca dla 18 zielonokoszulkowców. Co tu dużo mówić, zasiedzieliśmy się, do tego stopnia, że wspólnie z kierowcą, Kamilem, 'imprezowaliśmy' do 4 nad ranem, który i tak był zawiedziony, że o tej godzinie chcemy iść spać. Pierwszy nocleg trwał dla mnie całe 2 godziny, ale na pace, więc w nie najgorszych warunkach.
A tutaj jeszcze mapka drogi, którą przebyłyśmy pierwszego dnia. Nie powiem, niezbyt imponująca.


Podsumowanie:
Tego dnia pokonałyśmy około 406km. A to wszystko w 4 częściach.
Najdłuższy stop wynosił 198km, z Legnicy do Drezna.
Najkrótszy stop wynosił 17,9km, z Prochowic do Legnicy.
Wśród czterech kierowców było 3 mężczyzn i 1 kobieta. 3 Polaków i 1 Niemiec.