Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autostop. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą autostop. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 1 września 2015

Lengyel, Magyar – két jó barát, együtt harcol, s issza borát, czyli wizyta w Budapeszcie

Czyli polskie przysłowie Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki - idealnie obrazuje miłość jaką Polacy darzą węgierską stolicę, a szczególnie w czasie majówki.
Gdzie się człowiek nie obrócił tam Polacy, a też nasz wyścig z liczbą 800 uczestników sprawy nie ułatwił.

Po campingowym ognisku i nocnych śpiewach z trudem zebrałyśmy się na pociąg do centrum. Jednak widok, który spostrzegłyśmy zaraz po wyjściu ze stacji udowodnił, że było warto wcześnie zwlec się z namiotu, który o poranku wydał mi się wyjątkowo wygodny.


Budynek Parlamentu ciągle mnie zachwyca!
Gdy już spokojnie nacieszyłam się widokiem Parlamentu, ruszyłyśmy na spotkanie Budy. A jak Buda, to i Baszta Rybacka.


Kolejne cudne miejsce na mapie Budapesztu
Po pokrzepieniu się Monsterem, który towarzyszył mi całą, jakże nieprzespaną, wyprawę, byłyśmy gotowe na wydawane co chwilę okrzyki zachwytu, które towarzyszyły nam podczas zwiedzania Baszty.
Żeby potwierdzić nasz zachwyt tym miejscem poniżej kilka zdjęć:





Mam kolejny dowód, że to piękne miejsce jest! A jest nim poniższe zdjęcie, czyli Klaudia, która zawsze ucieka przed obiektywem aparatu, dała sobie zrobić zdjęcie.

Tak, tak, to nie fotomontaż, naprawdę dałam się sfotografować!
Jakby samej baszty było mało, to możemy również podziwiać tam Kościół Macieja.

Kościół Macieja
Okolice kościoła
Jeśli chodzi o sam Budapeszt, to zaplanowałyśmy z Kasią wyprawę do tego miasta już jakieś 2 lata temu? To znaczy stwierdziłyśmy, że fajnie byłoby go zwiedzić. Dlatego też, kiedy na pewnym Jarmarku Bożonarodzeniowym w Krakowie dojrzałyśmy szyld, który informował, że w tym miejscu będzie można zjeść langosza, czyli jedno z popularniejszych węgierskich dań, postanowiłyśmy bezwzględnie zapoznać się z tą przekąską. I całkiem słusznie! Chcą przypomnieć sobie zapamiętany 1,5 roku wcześniej smak, ruszyłyśmy po zwiedzeniu baszty na poszukiwania langosza. Chodziłyśmy w kółko wmawiając sobie, że przecież w tak turystycznym miejscu muszą go serwować. Po kilkudziesięciu minutach wróciłyśmy, głodne, do punktu wyjścia. Budapeszt w czasie majówki był wręcz "zalany" Polakami, więc mając koniec języka za przewodnika, podeszłam do jednego z przewodników, który właśnie obwieścił swoim podróżnym początek przerwy. Widać, że Pan nie miał zbyt dobrej pamięci do twarzy, bo zaproponował, żebyśmy ze spróbowaniem langosza poczekały do dnia następnego, kiedy pojedziemy za miasto, bo w Budzie może być ciężko go znaleźć. Podziękowałyśmy grzecznie za zaproszenie i za radę. Miałyśmy nowy cel: przedostać się do Pesztu i odnaleźć langosze.
Zamek Królewski
Widoki z baszty
Może tutaj znajdziemy langosze?
Albo tutaj?
Halo, czy widział Pan może langosza?
Niestety jak się okazało, akurat tego dnia przedostanie się na stronę Pesztu można było właściwie nazwać Mission Impossible. Spokojnie, mosty są, nie trzeba płynąć wpław. Natomiast akurat 1. maja Kimi Räikkönen postanowił, że przecież hej! Jeszcze nie jeździłem sobie w kółko po Budapeszcie wyścigówką, blokując pół miasta, a 1. maja i przyjazd Klaudii to idealna ku temu okazja!
Kimi, nienawidzę Cię, wisisz mi dużego langosza!

Tak, to Most Łańcuchowy. Tego dnia oczywiście również zablokowany.
W pewnym momencie miałyśmy już dość tego miasta, kiedy przeszłyśmy pół miasta, żeby dowiedzieć się, że most, który sobie upatrzyłyśmy, też jest zamknięty.
Humor i dalsza chęć zwiedzania wróciły dopiero po wlaniu w siebie złocistego napoju. Polecam na skołatane nerwy!

Ostatecznie przedostałyśmy się na tę, langoszami płynącą, cudowną stronę Budapesztu. Natomiast sił wystarczyło nam już tylko na wizytę w McDonald's. Ale próbowałyśmy, pamiętajcie!

Przed przyjazdem na camping zdążyłyśmy więc jedynie odkryć, że picie w miejscach publicznych jest dozwolone. Miły akcent na koniec dnia.

Już prawie po stronie Pesztu!
 Natomiast po przyjeździe na camping odkryłyśmy, że wino, które w przeliczeniu na złotówki kosztuje 4,5zł, smakuje najlepiej na świecie. Pamiętajcie, tanie wino jest dobre, bo jest dobre i tanie :)
Pewnie nie tylko my doszłyśmy do takiego wniosku, skoro na imprezie wyścigowej w pewnym momencie organizatorzy zarzucili muzyczkę do Poloneza i cała sala ruszyła w tany. Wykonanie lepsze niż na niejednej studniówce, zapewniam!

Swoją drogą sama impreza miała miejsce na campingu oddalonym od naszego o jakieś 7min piechotą. Zgadniecie co zobaczyłam po przyjściu na jego teren? Tak jest! Nie jedną, lecz dwie(!) budki z langoszem. Nawet już nie chciałam wiedzieć czy były one normalnie otwarte w ciągu dnia. Wolałam myśleć, że nie, by następnego dnia w pełni wyruszyć na spotkanie tego przysmaku już w Peszcie.

Ktoś wytrzymał do końca? Gratuluję! To zostawiam Was z wiadomością, że na bloga wracam, bo za 2 miesiące wracam do słonecznej Hiszpanii i po raz trzeci rozpoczynam przygodę jako au pair. Tym razem 8-miesięczną. Stay tuned!

wtorek, 12 maja 2015

O tym jak Klaudia znowu się ściga

Kiedy nie podróżuję, to tracę wenę do prowadzenia bloga. No bo raczej nikt nie jest zainteresowany czytaniem o życiu studentki hispanistyki pracującej dodatkowo w dwóch miejscach. A tak niestety moje życie od października wyglądało. Krążenie między pracą a uczelnią, w domu bywałam gościem. Powoli miałam wszystkiego dość i postanowiłam, że choćby się waliło i paliło, to ta majówka będzie dla mnie chwilą wytchnienia, że pojadę gdzieś stopem i zapomnę na tydzień o wszystkich terminach i rzeczach do zrobienia.
Zdecydowałam, że w tym roku pościgam się znowu autostopowo, a że czasu dużo nie było, to wybór padł na Budapeszt i kolejny wyścig z Poznania z ekipą addicted2fun. Rok temu nie byłam może zachwycona organizacją, ale meta była najbliżej.

Kasia z naszą arcyoryginalną reklamówką z BOSSa! 
29 kwietnia stawiłam się więc wraz z Kasią na starcie wyścigu. Godzina 9:00 - wszyscy rzucili się na położone w niewielkiej odległości przystanki tramwajowe i autobusowe. Komunikacja miejska przeżywa oblężenie. Nadgorliwość jest podobno gorsza od faszyzmu i z taką właśnie myślą w głowie siadam na ławce, gdzie oddaję się czynności wymagającej ogromnej precyzji, czyli skręcaniu papierosów. Ruszamy z około 45minutowym poślizgiem, no niech mają fory, a co!
Decydujemy się na miejsce, które rok wcześniej przyniosło mi tak wiele szczęścia, czyli Górczyn. Tam jednak na stacji benzynowej natrafiamy na niemałą ekipę w fioletowych koszulkach. Spokojnie, mamy czas. Przygotowujemy tabliczkę z kierunkiem podróży 'Wrocław-Katowice'. Papieros, krótkie rozmowy zapoznawcze, w tym nawet po hiszpańsku, bo oczywiście powstrzymać się nie umiałam.
Okej, stacja powoli pustoszeje, można się przenieść na moje upragnione miejsce, które wreszcie jest wolne. Tym razem nie zamknęłam się w czasie 5 minut, a jakichś 20. Naszym pierwszym kierowcą podczas tego wyścigu okazuje się Paco. Paco prowadzi kebaba w Głogowie (więc jakbyście zgłodnieli w tych okolicach, to zapraszamy!), a oprócz tego organizuje wieczory kawalerskie, imprezy integracyjne dla firm. Nasz kierowca okazuje się bardzo gadatliwy (chyba tylko ze mną mógłby się mierzyć! :), ale na szczęście opowiada na tyle ciekawie, że podróż do Leszna mija nam niepostrzeżenie.
Pierwszy stop, pierwszy kierowca. Paco.
Okej, pierwszy stop za nami! To może przerwa? Paco zostawiając nas w strategicznym miejscu przy KFC, sprawia, że problem obiadu sam się rozwiązuje, a my po 30 minutach wychodzimy pełne energii, gotowe na drogę do Budapesztu. 15 minut i kolejne auto się zatrzymuje.
Radość nieopisana, jedziemy do Katowic (tak, tak, wiem, że się wróciłyśmy do punktu wyjścia...)! Kiedy już pakujemy swoje drogocenne plecaki do bagażnika, do Mateusza, bo tak miał na imię nasz wybawca, podbiega dziewczyna pytając, czy czasem nie znalazłoby się miejsce również dla niej i jej kolegi.
Auto spore, Mateusz wielkie serce ma, więc oczywiście się zgadza.
W czasie drogi po raz kolejny okazuje się, że świat jest naprawdę mały. Podczas rozmowy dowiaduję się, że mamy z Mateuszem wspólną znajomą. Co więcej, akurat w czasie naszej podróży ona postanawia do niego zadzwonić, co wyglądało mniej więcej następująco:
<rozmowa Mateusza z Agą na jakieś tematy zawodowe>M: A tak w ogóle, to właśnie wiozę Twoją koleżankę, stopa łapała.
A: Co, jaką koleżankę?
Ja: Cześć Aga, tu Klaudia!
A: Klaudia Gje?! Co Ty tam robisz?
Ja: No właśnie sama się nad tym zastanawiam!
Świat, światem, ale podróż minęła dodatkowo miło ze względu na upodobania muzyczne naszego wybawcy, które idealnie odpowiadały gustom naszej czwórki.
Po kilku godzinach jazdy Mateusz postanawia zmienić swoje plany i podrzucić nas do Żor, skąd jak twierdzi, będziemy mieli już bezpośrednią drogę na Cieszyn. Oczywiście, przepełnieni radością dziękujemy, bo każdy kilometr przed zmrokiem jest niezwykle cenny.
Dochodzi jednak godzina 18:30, kiedy nasz kierowca mówi: "Wiecie co, jest już taka godzina, że najdalej, gdzie mogę Was rzucić to Cieszyn." Co, Cieszyn? Przecież do Katowic wracał, do domu! Ale Mateusz stwierdził, że jak już zabiera autostopowiczów, to wiezie ich przez pół Polski.
Przed 20 docieramy więc na cieszyńską stację benzynową. Pamiątkowe zdjęcia, wymiana kont na fejsie i żegnamy się z naszym cudnym kierowcą.

Nasz czwórka z najlepszym Mateuszem!
Oczywiście, nie mogliśmy być jedynymi parami na miejscu. Postanawiamy więc zrobić przerwę na jedzenie. Ala, bo tak nazywała się towarzysząca nam dziewczyna z drugiej pary, miała przy sobie czajnik, więc wybór padł na niezawodne na autostopie, a niezjadliwe w każdych innych warunkach, zupki. W tym celu A. udała się do hotelu, który znajdował się na stacji, żeby poprosić o możliwość podkradnięcia niewielkiej ilości prądu. Ona natomiast, oprócz tego, że wróciła z wrzątkiem, to jeszcze propozycją Pani, która pracowała tam na recepcji, żebyśmy rozłożyli się nocą w hotelowej restauracji na ziemi, bo przecież na zewnątrz zimno, a tam będzie ciepełko, prąd, woda. Jedynym warunkiem było, żebyśmy nie zostawili po sobie bałaganu i zwinęli się o 4 do głównej sali restauracji, bo szefowa miała przyjechać. Oczywiście ochoczo przyjęliśmy jej propozycję, bo o tej godzinie już niewiele aut się tam zatrzymywało.
Pojedzeni, to chyba czas na piwko, prawda? Po całym dniu podróży smakuje jeszcze cudowniej! :)
Niezbędnik autostopowicza!
Nasi towarzysze, Ala i Kuba, sprawili sobie bazę godną każdego, nudzącego się w domu, 6-latka.
Ful-profeszynal baza!
Dziewczyny poszły spać, a my postanowiliśmy z Kubą czuwać i, w przerwach na papierosy, pytać tankujących na stacji kierowców o ich destynację. Bezskutecznie, dlatego też około 1:30 połasiliśmy się na 2godzinną drzemkę. Nie wiem, czy gdyby pozbierać ten sen "do kupy", to wyszłoby 40 minut, bo gdzieś w nocy wyłączono ogrzewanie. Po 4:00 siedzieliśmy już w głównej sali, czekając na przybycie szefowej by w odpowiednim momencie zamówić herbatę udając, że przecież wcale nie spędziliśmy tu nocy. Ogarnęłam się, żeby zbytnio nie odstraszać kierowców. Moja towarzyszka również. A my tymczasem za każdym razem, kiedy na horyzoncie pojawiało się jakieś auto, wysyłaliśmy Kubę, żeby grzecznie wypytywał o podwózkę.
W pewnym momencie, gdy przyjechały na stację 2 tiry, zrezygnowany poprosił, żeby ktoś inny wyszedł się zapytać. Zerwałam się więc, a za mną ruszyła Ala. Jak łatwo się domyśleć, akurat ten jeden raz, kiedy Kuba był już zbyt zmęczony wychodzeniem i wypytywaniem kierowców, udało nam się z A. złapać dwa tiry prosto do Budapesztu. Podróż może nie była okraszona arcyciekawą rozmową, ale rozumiem, że nasz kierowca mógł być bardzo zmęczony, ale za to jaka wygodna! Kasia przespała na łóżku pana Arka calusieńką drogę, a ja, chociaż walczyłam z opadającymi powiekami, cieszyłam oczy widokiem słowackich gór.
Panowie wysadzili nas, po kilku godzinach jazdy, pod centrum handlowym gdzieś na obrzeżach węgierskiej stolicy. McDonald's i ich internet nieraz ratował skórę w podróży. Tym razem również postanowiliśmy skorzystać z tego dobrodziejstwa i odnaleźć drogę na camping. Jak się okazało ludzie są bardziej niezawodni niż technologie i Ala posługując się początkiem powiedzenia "Polak, Węgier, dwa bratanki..." w języku węgierskim załatwiła nam podwózkę pod sam camping.

Na mecie pojawiłyśmy się więc z oficjalnym czasem 27h27', zajmując tym samym 78. miejsce.
Muszę przyznać, że trasa raczej bezstresowa :)

Relacja z Budapesztu i Wiednia, o który zahaczyłyśmy wracając, już wkrótce!

niedziela, 7 grudnia 2014

Spacerem wśród amsterdamskich kanałów, cz. 1

Mieliście kiedyś mnóstwo planów, a ostatecznie i tak z ŻADNEGO nic nie wyszło?
No, bo tak jest właśnie ze mną. Miał być Madryt - zrezygnowałam, bo Erasmus. Miał być Erasmus - okazało się, że nie ma dla nas pieniędzy. W taki właśnie sposób wakacje spędziłam w pracy, a co gorsze... w Sosnowcu(!) Lubię swoją pracę, tym bardziej, że ostatnio też zaczęłam prowadzić zajęcia z hiszpańskiego (tak, tak, zostałam lektorem!), ale tęsknię za Hiszpanią i za stopowaniem coraz bardziej.

Dlatego też z tej całej beznadziei postanowiłam powspominać, kiedy ostatnio było fajnie. Tak, czyli wracamy do majówki i spowitego zielonym dymem Amsterdamu.

Po odczekaniu godziny w kolejce pod prysznic, wreszcie mogłyśmy ruszyć na spotkanie z holenderską stolicą. Wyjątkowo zdecydowałyśmy się na tramwaj.
Polecam jedynie, jeśli czyjeś środki są nieograniczone, bo my, biedne studentki, po tej przejażdżce zdecydowałyśmy, że naszym jedynym sposobem przemieszczania się będą nasze, jeszcze zmęczone wczorajszą wędrówką, nogi. No bo co jak co, ale za 2,8, to ja mam 5 lidlowskich piw :P
Moje pierwsze wrażenie po dostaniu się na Leidseplein? Chaos. Komunikacyjny.
Ludzie wpychają się na szyny przed tramwajem i przed auta, a rowery przed wszystkimi.
Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że zaraz zginę pod jakimiś kołami. A większość czasu spędziłyśmy tam na poszukiwaniu informacji turystycznej, jednak bezskutecznie. Może dlatego, że każdy znak wykluczał następny?
Ale to chyba wina tego placu, bo później całkowicie zmieniłam zdanie o mieście, które okazało się poukładane, gdzie trudno się po prostu zgubić.
Leidseplein
Oprócz znikającej informacji turystycznej krwi napsuła nam również pogoda, która wygoniła nas do pobliskiego McDonald'sa, pomimo mojego wewnętrznemu sprzeciwowi względem tego miejsca.


Od razu zaprzyjaźniłyśmy się z tamtejszymi mieszkańcami.
Urocze nadkanalskie kawiarnie.
Po zagrzaniu się, które było w cenie mcdonald'owskiego cheeseburgera, wyruszyłyśmy na poszukiwania słynnego napisu IAMSTERDAM wizytówki miasta.

Piękne Rijksmuseum.
Urokliwe okolice muzeum.
 Zastałyśmy słynny napis w miejscu, w którym się spodziewałyśmy, miła odmiana po sytuacji z informacją turystyczną, jednak tłum turystów biegający z aparatami na szyjach, skutecznie uniemożliwiał sfotografowanie go w całości.

Taki już urok miejsc typowo turystycznych.
Mieniące się kolorami muzealne ogrody.
I ponownie samo muzeum.
Ścieżka rowerowa w okolicach muzeum.

Het Concertgebouw
Postanowiłyśmy pozwolić sobie "zgubić się" w Amsterdamie. Chodziłyśmy właściwie bez celu, czasem mijając po drodze atrakcje turystyczne, dziwiąc się przy okazji temu, że wszystkie Holenderki wyglądają tak samo.

Urocze kamienice!
Tyle Holandii na jednym zdjęciu - kanał i tulipany!
Dzień Dobry Panie Rembrandcie!

Nieuwmarkt, czyli Nowy Targ, który pojawiał się za każdym razem, kiedy się "zgubiłyśmy".
Słynny Dam, który przez ilość śmieci, które się tam przewalały, skutecznie nas odstraszył.

Cóż, patrząc na to, że z tej wycieczki wróciłam ponad pół roku temu, to muszę przyznać, że mam imponujące tempo pisania! Jak tak dalej pójdzie, to może do kolejnej majówki nie skończę opisywać tej wyprawy :)

Trzymajcie się ciepło!

Zapracowana Klaudia.

poniedziałek, 12 maja 2014

Wyścig autostopem Poznań-Amsterdam, part 1

Do Amsterdamu jechałyśmy z wyścigiem. Zwanym po prostu Wyścigiem Autostopem Poznań-Amsterdam.
600 osób, 300 par wyruszyło o 10 ze Starego Rynku w poszukiwaniu wylotówki.
Zmęczone nocną jazdą w pociągu zdecydowałyśmy się dać godzinne "fory" pozostałym parom, szwędając się w tym czasie po mieście.
Mimo tego, kiedy dotarłyśmy na Górczyn, był on już przepełniony błąkającymi się ludźmi w fioletowych koszulkach. Jednak i tym razem podeszłyśmy do tego na spokojnie. Usiadłyśmy pod stacją, szykując pierwsze podróżnicze dzieło sztuki o haśle A2 / Berlin.
Zaczekałyśmy aż para, która stała najwcześniej na drodze prowadzącej do autostrady pojedzie i grzecznie zajęłyśmy ich miejsce. Nie potrwało to długo, bowiem już po chwili machałyśmy z samochodu Maćka pozostałym fioletowokoszulkowcom.
Och, ależ to była przyjemna podróż! Może i tylko do Świecka, ale nasz kierowca okazał się bardzo sympatycznym, a przy tym nie ukrywam, bardzo przystojnym, człowiekiem.
Aż przykro było wysiadać na tej granicy. Tym bardziej, że stacja mieniła się fioletem w mocno przygrzewającym słońcu. Tam niestety nasza dobra passa się skończyła. I to aż na 4 godziny.
Po tym czasie moja towarzyszka zaczęła tracić nadzieję, dlatego właściwie zostałam sama na placu boju.
W wyścigach jednak fajne jest to, że zawsze znajdzie się ktoś, z kim można porozmawiać. I tak właśnie zaczęłam konwersację, która wokół mnie szwendała się w poszukiwaniu podwózki.
W pewnym momencie podjechało dużo auto, na jakieś 7/8 osób, a w środku jedynie kierowca. Widzę, że moi nowi znajomi już już zbierają się do tego, żeby do niego zagadać. Zaczynają się targować i słyszę, że wychodzi na to, iż to kolej dziewczyny. Widzę, że ona nie jest zbyt przekonana. Nie dziwię się, sama jakoś nie lubię bezpośredniego zagadywania kierowców, jednak zagaduję Chodź, podejdziemy razem, może zabierze nas w 2 pary. Podchodzimy więc, ale w połowie drogi wszystkiego mi się odechciewa, kiedy widzę naburmuszoną minę naszego przyszłego interlokutora (ojj, lubię to słowo). No ale, już obiecałam. Pochodzimy.
- Dzień Dobry, nie zabrałby Pan czasem autostopowiczów? <tutaj uśmiech nr 13>
- A gdzie Wy w ogóle chcecie jechać?
- No, docelowo do Amsterdamu, ale może być Berlin, cokolwiek byle do przodu, bo już długo tu siedzimy, a stopujących tylko przybywa.
- No, ale ja jadę tylko do Holandii, nie do Amsterdamu.
- Ależ przecież to cudownie, bardzo by nas to urządzało! <apogeum szczęścia + uśmiech nr 7>
- No nie wiem, zastanowię się jeszcze. To stańcie pod stacją i jak zatankuję, to się namyślę.
- Dobrze, dobrze, to my tam czekamy.
Z sercem przepełnionym nadzieją, ale i niepokojem wróciłyśmy poinformować naszych towarzyszy o przebiegu rozmowy.
Jeszcze nigdy tankowanie nie dłużyło mi się tak jak wtedy.
Kiedy wreszcie Pan, którego tak wypatrywaliśmy, wyszedł ze stacji, wsiadł po prostu do auta, całkowicie nas ignorując.
No to ładnie - przebiegło mi przez myśl - nawet nie chciał nam po prostu tego powiedzieć.
Ale, ale! Nasz kierowca za daleko nie odjechał, bo zajechał pod samiutką stację.
No, teraz tylko trzeba mu wytłumaczyć, że tak naprawdę to wcześniej prowadził rozmowę z dwiema parami. Jednak uśmiech nr 13 oraz uśmiech nr 7 w połączeniu są nie do zdarcia i kierowca zgadza się zabrać dwie pary. W międzyczasie jakieś dziewczyny jak wygłodniałe rzuciły się na naszego wybawcę ze słowami Bo przecież kto pierwszy ten lepszy. Szkoda, że jeszcze wtedy nie wiedziały, że to zdanie tym bardziej oddala je od podwózki.
Plecaki wrzucone do auta i za chwilę możemy ruszać. Daleko nie zajechaliśmy, bo według policji chyba wyglądaliśmy podejrzanie. Jednak szybka kontrola i możemy kontynuować naszą podróż.
Zmęczeni szybko popadaliśmy, co chwilę zasypiając i budząc się.
Dzięki naszemu małomównemu kierowcy gdzieś około 1 w nocy znaleźliśmy się w okolicach miasta Tilburg.
Tam miało pójść ciężko. Stacja widmo, na horyzoncie jedynie 2 auta. Szybka decyzja, my idziemy zagadnąć właściciela jednego pojazdu, a nasi towarzysze drugiego.
Niestety auto wyglądało jak porzucone ze względu na to, że jego kierowcy nie było widać w promieniu 50km. Czekałyśmy, ale bez rezultatu. Na szczęście naszym znajomym poszło lepiej i załatwili podwózkę również nam. Niedaleko co prawda, ale trafiliśmy już na drogę, która prowadziła do Amsterdamu, gdzieś pod miejscowość Dordrecht. Okej, na miejscu już trzeba się rozdzielić, przecież to niemożliwe, żebyśmy znowu złapali wspólnie stopa. My poszłyśmy w jednym kierunku, a Iza i jej towarzysz, który z niewiadomych powodów nie chciał wyjawić swojego imienia, w odwrotnym.

Podeszłyśmy pod stację. Tam spotkałyśmy przesympatycznego kierowcę tira, który niestety nie mógł nas podwieźć, ale starał się nam pomóc jak tylko mógł, wypytując przyjeżdżających w naszym imieniu.
Kiedy nasi znajomi nie wracali, dotarło do nas, że musiało im się udać wydostać ze stacji. Szczęściarze.
Znudzone oczekiwaniem rozpoczęłyśmy partyjkę w karty. Pochłonięte grą nie od razu usłyszałyśmy jak pracownik stacji zapukał nam w szybę, a następnie gestem przywołał mnie do siebie.
Okazało się, że Pan chciał nas po prostu poczęstować kawą. Takie gesty i tacy ludzie sprawiają, że podróże stopem zawsze wspomina się z uśmiechem na ustach.
Po kawce i chwilowym zagrzaniu rąk, wróciłyśmy do naszej partyjki makao. I tym razem nie potrwało to długo, bo zagadał nas egzotycznie wyglądający Pan mówiąc, że on jedzie do Rotterdamu, a jego kolega do Amsterdamu. I że on nas bardzo chętnie podwiezie, a nawet spróbuje namówić znajomego, żeby nas zabrał bezpośrednio do stolicy.
Kolega jednak chyba niezbyt był sympatycznie do nas nastawiony, bo skończyło się na Rotterdamie. Dobre i to o 4 w nocy. Po drodze jeszcze zajechaliśmy do centrum, bo nasz kierowca był umówiony ze znajomymi. O każdym swoim szczegółowo nas informował jakby nie chcąc zwiększać naszego stresu.
Rozmowa szła gładko. Pan poczęstował mnie papierosem, opowiadając o swojej ojczyźnie - Maroko oraz życiu na emigracji.
Nie wiem czy wiecie, ale na przykład w Hiszpanii Marokańczycy nie cieszą się zbyt dobrą opinią. Po tej przejażdżce kompletnie nie wiem dlaczego.
Dojazd na roterdamską stację, pożegnanie. Ledwie zdążyłam wyciągnąć swoje kanapki z plecaka, a obok nas pojawiła się Iza i Chłopak "Jestem zbyt tajemniczy, by zdradzić Wam swoje imię".
Oni jak widać również zbyt daleko nie zajechali. My, jak to kobiety, zaczęłyśmy plotkować, a w tym czasie jedyny przedstawiciel płci brzydkiej w naszym towarzystwie na chwilę zniknął.
Jak się okazało, nie próżnował, bo załatwił nam wszystkim transport na lotnisko w Amsterdamie.
Zasypiając na plecakach dojechaliśmy do naszego celu.
Lotnisko - nie najłatwiejsze miejsce, dlatego nasz wybór padł już na pociąg do centrum.
4,50e z głowy, ale komfort pełen. O 6:15 po raz pierwszy postawiliśmy stopę na amsterdamskiej ziemi.
I do tej pory nie wiem, co nas podkusiło, żeby dać się namówić Chłopakowi "Jestem zbyt tajemniczy, by zdradzić Wam swoje imię" na poranny spacerek na camping.
Tak, jakieś 6km, z ogromnymi plecakami w deszczu. Gubiąc się jeszcze po drodze z 3 razy, bo GPS uznaje, że przecież zawsze można płynąć kanałem.
Amsterdam powitał nas deszczem.
W ten sposób dopiero przed 9 rano zjwiliśmy się na mecie wyścigu. Ledwo żywi. Zajmując 77. miejsce i dowiadując się, że Chłopak "Jestem zbyt tajemniczy, by zdradzić Wam swoje imię" tak naprawdę ma dużo krótsze imię, bo Łukasz.
Wszystko co słyszeliście o rowerach w Amsterdamie to prawda.
Jeszcze cichy Amsterdam przed 7 rano.
PS. Trzymajcie kciuki, żeby wszystko poszło po mojej myśli, a już od połowy września będę pisała do Was ze słonecznego Kadyksu :)

czwartek, 13 lutego 2014

z Francji do Polski przez Luksemburg!

Właśnie zdałam sobie sprawę, że mimo tego, iż swoją pierwszą autostopową przygodę zakończyłam 5 miesięcy temu, do tej pory nie opisałam naszych perypetii z drogi powrotnej.
Ostatni raz, kiedy pojawiła się tu notka z Summer Race, byłyśmy z Josie w Montpellier.
Cudne miasto, a dodatkowo zmęczone już trochę podróżą nie chciało nam się ruszać z wygodnego mieszkania Nicolasa, gdzie była zapewniona bieżąca woda, wygodne miejsce do spania i jedzenie.
Dlatego na odpowiedniej stacji benzynowej znalazłyśmy się dopiero około 14.
Montpellier. Pożegnalne zdjęcie. Brawo Klaudia, głupia mina zawsze w cenie!
Po zregenerowaniu sił wrócił mój optymizm. I słusznie, bo nie minęło wiele, a z pomocą przyszła nam sympatyczna Francuzka, która na szczęście dobrze posługiwała się językiem angielskim. Okazało się, że to dlatego, iż pracuje na statku wycieczkowym. Z rozrzewnieniem wspominała Gdańsk i naszą polską żubrówkę. Z jej pomocą znalazłyśmy się w okolicach Orange.
Tam również nam się udało, po raz pierwszy jechałyśmy tirem z kierowcą, który nie był Polakiem.
(Hmm, bo nie wiem, czy wspominałam, ale polskich kierowców na europejskich autostradach nie trudno spotkać.) Niestety wiązało się to z problemami komunikacyjnymi. Bo francuski dla niego bleee, a po hiszpańsku poquito. Uczepiłam się tego hiszpańskiego zadowolona, że jednak nie będzie tak źle. Jednak te jego poquito, jednak nie odpowiadało mojemu poquito. Okej, rozmawiać nie musimy, ale trzeba jakoś go poinformować, że do samego Lyonu jechać nie chcemy, tylko, żeby wysadził nas na ostatniej stacji benzynowej na autostradzie. W drodze do Barcelony dowiedziałyśmy się jak powiedzieć autostrada po francusku, ale reszta nas przerosła. Z pomocą przyszedł nam Nicolas, który całą formułkę wysłał nam sms-em, a że nawet tego przeczytać nie potrafiłyśmy, to tylko zamachałyśmy naszemu kierowcy telefonem przed nosem. Po tym jak pokiwał głową i z uśmiechem powiedział okay, uznałyśmy umowę za zawartą.
Niestety nasze zadowolenie nie trwało długo. W pewnym momencie bach!, usłyszałyśmy duży hałas. Cała krew odeszła mi z twarzy, ale nic, kierowca poprzeklinał pod nosem, ale jedzie dalej. No, ale kiedy zaczęło strasznie śmierdzieć nie miałyśmy już wątpliwości. Z pewnym trudem nasz kierowca dojechał do zajazdu. A właściwie to za duże słowo, bo była tam tylko toaleta. No nic, po serii gestów, mieszance słów po angielsku i hiszpańsku, zrozumiałam, że możemy zostać w tirze, nie ma problemu, ale trochę to potrwa zanim ktoś przyjedzie mu z pomocą. Podziękowałyśmy grzecznie i postanowiłyśmy mimo wszystko spróbować szczęścia, które, umówmy się, w tym miejscu musiałoby być ogromne, a w razie czego skorzystać z propozycji sympatycznego pana.
Do tej pory nie mogę się nadziwić, że właściwie po niedługich poszukiwaniach zatrzymał się przy nas Holender i to taki, który zmierzał do Lyonu. No, tutaj nie musiałyśmy się długo zastanawiać, bo lepiej chyba w tym miejscu trafić nie mogłyśmy.
Jak to Holender, pan świetnie posługiwał się językiem angielskim, aż czasem wstyd mi było, że mężczyzna prawie w wieku mojego dziadka mówi właściwie lepiej niż ja. Po krótkiej rozmowie okazało się, że nasz kierowca wraca do domu. Coś wtedy zaświtało nam w głowie i poprosiłyśmy, aby pokazał nam, jaką trasą będzie jechał. Szybka decyzja. Czy możemy jechać z panem aż do Luksemburga?
Dlaczego tak? Bo osobiście nie przepadam za Francją, jeśli chodzi o stopowanie, więc ciągle przyświecała nam myśl Byle do Niemiec! Nasz kierowca był najbardziej pozytywną postacią, którą spotkałyśmy na naszej trasie liczącej sobie 4 tysiące kilometrów.
Był lekarzem, który w niedługim czasie wybierał się do Afryki na misję, a sam zwiedził całą Europę w młodości. Opowiadał nam o swojej pracy, o eutanazji, o tym jak wygląda cała procedura.
Meloman, który wymyślił nam grę na odgadywanie kompozytorów płynącej z głośników muzyki poważnej. Akurat jeśli chodzi o ten gatunek, nie jestem ekspertem, ale ku rozbawieniu naszego kierowcy Chopina odgadłyśmy po kilku sekundach. Jako jedynego.
Zaprosił nas na kawę i croissanty. Mój pierwszy, prawdziwie francuski croissant.
Około 21. zatrzymaliśmy się na piknik, a auto naszego wybawcy wyposażone było nawet w maluteńką kuchenkę, dzięki czemu zostałyśmy poczęstowane gorącą zupą z klopsikami. Do tego chlebek, pyszny holenderski ser i winko.
Uczta Mistrzów i nasz Wybawca.
 Specjalnie dla nas zrobił przerwę na chwilę snu, żebyśmy znalazły się w Luksemburgu o 6 rano, a nie o trzeciej w nocy. Po dojechaniu na miejsce jeszcze raz zostałyśmy zaproszone na croissanta i kawkę.
No sami powiedzcie, czyż nie cudowny człowiek? A dodatkowo podarował nam jeszcze małą wyprawkę, na którą składał się ten cudowny ser czy jakieś batoniki.
Wracając do Luksemburga, jest to dobre miejsce dla autostopowiczów. Tak jest, darmowy prysznic! I to o najwyższym standardzie, z jakim spotkałyśmy się do tej pory. No, a przy okazji chyba najtańsze papierosy w krajach europejskich, które płacą w ojro.
Luksemburg. Czyli kiedy kończą się kartony, na pomoc przybywa karimata! Klaudia - autostopowiczka z krwi i kości.
Pomimo dużego ruchu na tej ogromnej stacji benzynowej trochę trwało zanim ktoś się zlitował nad dwiema sierotkami. Kiedy już to się stało, naszym kierowcą okazał się ponownie Polak, z którym chwilę później ruszałyśmy w kierunku Köln przy okazji dużo rozmawiając o Górnym Śląsku.
Kolonia okazała się dla nas pechowa, bo spędziłyśmy tam kilka dobrych godzin. Zdesperowane zrobiłyśmy więc tabliczkę z napisem next petrol station, licząc, że następna okaże się szczęśliwsza. Pomogło, zatrzymał się Niemiec w BMW, który całe przednie siedzenie miał zapełnione papierosami i prezerwatywami. Niemniej udało nam się dotrzeć w jednym kawałku gdzieś pod Dortmund. Tam poszło dość szybko i znalazłyśmy podwózkę do Hannoveru. W pełnym komforcie, w dużym aucie. Pod wieczór byłyśmy więc w Hannoverze. Tym razem już pełne nadziei na szybki dojazd do domu. Bo przecież Berlin tak blisko, z Poznaniem też nie najgorzej. I znowu tyłek nasz został uratowany przez Polaka, który trudnił się sprowadzaniem przyczep z Holandii. Z nim miałyśmy jechać aż do granicy. Po krótkiej rozmowie jednak nasze plany uległy zmianie. Albowiem okazało się, że pan kierowca musi dostarczyć przyczepę do Sosnowca. Postanowiłyśmy więc z Josie, że skoro mamy taką okazję, to ja pojadę z panem aż na Zagłębie, a jej znajdziemy podwózkę do Poznania na granicy. Tak też się stało. Po wielu postojach, drzemkach i wypalonych papierosach, następnego dnia około 15 czekałam na autobus na Dąbrówce, który miał mnie zawieź praktycznie pod dom :)
Co tu dużo powiedzieć, ta wyprawa była przygodą mojego życia. Odzyskałam wiarę w ludzkie dobro, jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi, i zakochałam się. W autostopowaniu oczywiście. Dlatego też nie mogę się doczekać majówki, kiedy to obieram z przyjaciółką kurs na Amsterdam.

Mapka naszej podróży z Montpellier do domu.

 


W sumie przejechałyśmy 2 115km. I to licząc od Montpellier, a nie od Barcelony.
Najdłuższa droga jednym autem: Hannover - Sosnowiec: 779km.
Zlitowało się nad nami na tej trasie 7 kierowców, w tym tylko jedna kobieta. 2 Francuzi, Holender, 2 Polacy, 2 Niemcy.

piątek, 22 listopada 2013

powrót z Barcelony i magiczne Montpellier

W jesieni jest coś takiego, że często skłania nas do melancholii, do lekkich stanów depresyjnych, kiedy najzwyklejsza głupota może wyprowadzić mnie z równowagi i pozbawić humoru na najbliższy tydzień.
Ale staram się temu nie poddawać, a pomagają mi w tym piękne wspomnienia, które zgromadziłam tego lata. Naprawdę cudowne. Uśmiecham się wtedy sama do siebie, zdając sobie sprawę z tego, jaką jestem szczęściarą. I właśnie dziś, kiedy sobie wspominałam, przypomniało mi się, że moja autostopowa przygoda nie doczekała się na blogu jeszcze ciągu dalszego.

Kolejną noc po dotarciu na metę wyścigu spędziłyśmy u znajomego Josie, dzięki któremu porządnie się wyspałyśmy (co istotne: wreszcie na miękkim podłożu!), co zamiast dać nam siłę na powrotną podróż, jedynie nas rozleniwiło i sprawiło, że trudno było nam się rozstać z tym barcelońskim mieszkaniem z widokiem w oddali na Sagradę Familię.
Słit focia z naszymi ogromniastymi plecakami.
Przebijająca się przez budynki Sagrada Familia.
Ostatecznie jakoś udało nam się zebrać i wyruszyć w drogę. Z wyjazdem z Barcelony pomógł nam portal hitchwiki.org. Jeżeli ktoś wybiera się na autostopową wyprawę, to ten adres powinien koniecznie znać.
Późnym popołudniem pojawiłyśmy się więc niewielkiej miejscowości Montcada i Reixac licząc na to, że jeszcze tego samego dnia uda nam się dotrzeć do Montpellier, gdzie dzięki uprzejmości kolejnego znajomego Josie, miałyśmy spędzić noc.
Montcada i Reixac
Po drodze oczywiście jeszcze zgubiłyśmy się w poszukiwaniu odpowiedniej stacji benzynowej. Okazało się, że nie tylko my. Pod jedną z tych "niefajnych-do-łapania-stopa" stacji spotkałyśmy Andrzeja, który miał przyjechać do Barcelony na 3 dni, a został 2 miesiące. Jak widać nie tylko mną zawładnęło to miasto.
W razie gdybyśmy mieli wątpliwości czy zmierzamy w dobrym kierunku
Andrzej okazał się mistrzem stopowania i zanim się obejrzałyśmy już zmierzał na tylnym siedzeniu w kierunku Toulouse. Na szczęście my nie musiałyśmy czekać o wiele dłużej, bo wkrótce dzięki uprzejmości pewnej Hiszpanki miałyśmy dotrzeć do Girony.
Byle do przodu!
Ten dzień był dość szczęśliwy, bo z Girony do Perpignan zabrałyśmy się z Anglikiem o złączonych brwiach w śmiesznym pomarańczowym pojeździe.
Nasz wehikuł!
Kilka osób mnie pytało czy taka podróż autostopem nie jest czasem aby męcząca. Odpowiedź jest jedna: Tak, jest męcząca. Co może być na to najlepszym dowodem? Chociażby to, że zasnęłam, podczas gdy nasz kierowca raczył nas muzyką Guano Apes puszczoną na pełen regulator, a przy tym wszystkim głośniki znajdowały się idealnie nad moją głową.
A oto i dowód.
W Perpignan czekał nas jedynie troszkę krótszy postój. Ostatecznie zlitowała się nad nami jakaś francuska para, która pomimo niewielkiego auta chciała nam pomóc w dotarciu do Montpellier. Jak to bywa z Francuzami, komunikacja nasza była dość utrudniona, jednak ludzie okazali się przekochani zawożąc nas do samego miasta, robiąc kilkanaście dodatkowych kilometrów.
W samym Montepellier okazało się, że znajomy Josie, u którego miałyśmy nocować nie może po nas przyjechać, bo wyszedł już świętować nowy rok akademicki ze znajomymi do parku w centrum miasta.
Ale co to dla nas! Na migi i angielskim wytłumaczyłyśmy ludziom, gdzie chcemy dojechać i ci pokierowali nas na tramwaj. Jak się okazało później, nie do końca w dobrym kierunku, ale wierzę, że intencje mieli dobre. Po pół godziny znalazłyśmy się w centrum miasta. Nicolas i jego znajomi zaprowadzili nas do parku, w którym studenci, co było widać po ich stanie, rozpoczęli świętowanie kilka godzin wcześniej.
Wielką popularnością cieszyła się tam nasza polska wódka, którą przywiozłyśmy N. w ramach podziękowania za gościnę.
Powrót do "domu" do najłatwiejszych nie należał, bo z racji tego, że nasz host sam przeprowadził się do Montpellier kilka dni wcześniej sprawiło, że wysiedliśmy na złym przystanku i resztę drogi musieliśmy pokonać piechotą. Po drodze natknęliśmy się na kanapę, którą, po ocenieniu przez N. jej stanu jako dobry, postanowił zabrać do domu.

I kolejny raz nie chciało nam się wyjeżdżać. Była woda, jedzenie, miękkie miejsce do spania.
Postanowiłyśmy więc zostać kolejną noc i wieczorem pozwiedzać trochę samo miasto, które okazało się piękne, no ale niech zdjęcia przemówią same za siebie.




Mistrz drugiego planu nigdy nie śpi.
Moje ukochane zdjęcie z całej wyprawy
I na sam koniec - my!
Przepraszam za zatrważającą ilość zdjęć, ale nie mogłam się zdecydować, które wybrać, bo po prostu zakochałam się w Montpellier.

A Wam jak się podoba miasto? :)