Pokazywanie postów oznaczonych etykietą montpellier. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą montpellier. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 lutego 2014

z Francji do Polski przez Luksemburg!

Właśnie zdałam sobie sprawę, że mimo tego, iż swoją pierwszą autostopową przygodę zakończyłam 5 miesięcy temu, do tej pory nie opisałam naszych perypetii z drogi powrotnej.
Ostatni raz, kiedy pojawiła się tu notka z Summer Race, byłyśmy z Josie w Montpellier.
Cudne miasto, a dodatkowo zmęczone już trochę podróżą nie chciało nam się ruszać z wygodnego mieszkania Nicolasa, gdzie była zapewniona bieżąca woda, wygodne miejsce do spania i jedzenie.
Dlatego na odpowiedniej stacji benzynowej znalazłyśmy się dopiero około 14.
Montpellier. Pożegnalne zdjęcie. Brawo Klaudia, głupia mina zawsze w cenie!
Po zregenerowaniu sił wrócił mój optymizm. I słusznie, bo nie minęło wiele, a z pomocą przyszła nam sympatyczna Francuzka, która na szczęście dobrze posługiwała się językiem angielskim. Okazało się, że to dlatego, iż pracuje na statku wycieczkowym. Z rozrzewnieniem wspominała Gdańsk i naszą polską żubrówkę. Z jej pomocą znalazłyśmy się w okolicach Orange.
Tam również nam się udało, po raz pierwszy jechałyśmy tirem z kierowcą, który nie był Polakiem.
(Hmm, bo nie wiem, czy wspominałam, ale polskich kierowców na europejskich autostradach nie trudno spotkać.) Niestety wiązało się to z problemami komunikacyjnymi. Bo francuski dla niego bleee, a po hiszpańsku poquito. Uczepiłam się tego hiszpańskiego zadowolona, że jednak nie będzie tak źle. Jednak te jego poquito, jednak nie odpowiadało mojemu poquito. Okej, rozmawiać nie musimy, ale trzeba jakoś go poinformować, że do samego Lyonu jechać nie chcemy, tylko, żeby wysadził nas na ostatniej stacji benzynowej na autostradzie. W drodze do Barcelony dowiedziałyśmy się jak powiedzieć autostrada po francusku, ale reszta nas przerosła. Z pomocą przyszedł nam Nicolas, który całą formułkę wysłał nam sms-em, a że nawet tego przeczytać nie potrafiłyśmy, to tylko zamachałyśmy naszemu kierowcy telefonem przed nosem. Po tym jak pokiwał głową i z uśmiechem powiedział okay, uznałyśmy umowę za zawartą.
Niestety nasze zadowolenie nie trwało długo. W pewnym momencie bach!, usłyszałyśmy duży hałas. Cała krew odeszła mi z twarzy, ale nic, kierowca poprzeklinał pod nosem, ale jedzie dalej. No, ale kiedy zaczęło strasznie śmierdzieć nie miałyśmy już wątpliwości. Z pewnym trudem nasz kierowca dojechał do zajazdu. A właściwie to za duże słowo, bo była tam tylko toaleta. No nic, po serii gestów, mieszance słów po angielsku i hiszpańsku, zrozumiałam, że możemy zostać w tirze, nie ma problemu, ale trochę to potrwa zanim ktoś przyjedzie mu z pomocą. Podziękowałyśmy grzecznie i postanowiłyśmy mimo wszystko spróbować szczęścia, które, umówmy się, w tym miejscu musiałoby być ogromne, a w razie czego skorzystać z propozycji sympatycznego pana.
Do tej pory nie mogę się nadziwić, że właściwie po niedługich poszukiwaniach zatrzymał się przy nas Holender i to taki, który zmierzał do Lyonu. No, tutaj nie musiałyśmy się długo zastanawiać, bo lepiej chyba w tym miejscu trafić nie mogłyśmy.
Jak to Holender, pan świetnie posługiwał się językiem angielskim, aż czasem wstyd mi było, że mężczyzna prawie w wieku mojego dziadka mówi właściwie lepiej niż ja. Po krótkiej rozmowie okazało się, że nasz kierowca wraca do domu. Coś wtedy zaświtało nam w głowie i poprosiłyśmy, aby pokazał nam, jaką trasą będzie jechał. Szybka decyzja. Czy możemy jechać z panem aż do Luksemburga?
Dlaczego tak? Bo osobiście nie przepadam za Francją, jeśli chodzi o stopowanie, więc ciągle przyświecała nam myśl Byle do Niemiec! Nasz kierowca był najbardziej pozytywną postacią, którą spotkałyśmy na naszej trasie liczącej sobie 4 tysiące kilometrów.
Był lekarzem, który w niedługim czasie wybierał się do Afryki na misję, a sam zwiedził całą Europę w młodości. Opowiadał nam o swojej pracy, o eutanazji, o tym jak wygląda cała procedura.
Meloman, który wymyślił nam grę na odgadywanie kompozytorów płynącej z głośników muzyki poważnej. Akurat jeśli chodzi o ten gatunek, nie jestem ekspertem, ale ku rozbawieniu naszego kierowcy Chopina odgadłyśmy po kilku sekundach. Jako jedynego.
Zaprosił nas na kawę i croissanty. Mój pierwszy, prawdziwie francuski croissant.
Około 21. zatrzymaliśmy się na piknik, a auto naszego wybawcy wyposażone było nawet w maluteńką kuchenkę, dzięki czemu zostałyśmy poczęstowane gorącą zupą z klopsikami. Do tego chlebek, pyszny holenderski ser i winko.
Uczta Mistrzów i nasz Wybawca.
 Specjalnie dla nas zrobił przerwę na chwilę snu, żebyśmy znalazły się w Luksemburgu o 6 rano, a nie o trzeciej w nocy. Po dojechaniu na miejsce jeszcze raz zostałyśmy zaproszone na croissanta i kawkę.
No sami powiedzcie, czyż nie cudowny człowiek? A dodatkowo podarował nam jeszcze małą wyprawkę, na którą składał się ten cudowny ser czy jakieś batoniki.
Wracając do Luksemburga, jest to dobre miejsce dla autostopowiczów. Tak jest, darmowy prysznic! I to o najwyższym standardzie, z jakim spotkałyśmy się do tej pory. No, a przy okazji chyba najtańsze papierosy w krajach europejskich, które płacą w ojro.
Luksemburg. Czyli kiedy kończą się kartony, na pomoc przybywa karimata! Klaudia - autostopowiczka z krwi i kości.
Pomimo dużego ruchu na tej ogromnej stacji benzynowej trochę trwało zanim ktoś się zlitował nad dwiema sierotkami. Kiedy już to się stało, naszym kierowcą okazał się ponownie Polak, z którym chwilę później ruszałyśmy w kierunku Köln przy okazji dużo rozmawiając o Górnym Śląsku.
Kolonia okazała się dla nas pechowa, bo spędziłyśmy tam kilka dobrych godzin. Zdesperowane zrobiłyśmy więc tabliczkę z napisem next petrol station, licząc, że następna okaże się szczęśliwsza. Pomogło, zatrzymał się Niemiec w BMW, który całe przednie siedzenie miał zapełnione papierosami i prezerwatywami. Niemniej udało nam się dotrzeć w jednym kawałku gdzieś pod Dortmund. Tam poszło dość szybko i znalazłyśmy podwózkę do Hannoveru. W pełnym komforcie, w dużym aucie. Pod wieczór byłyśmy więc w Hannoverze. Tym razem już pełne nadziei na szybki dojazd do domu. Bo przecież Berlin tak blisko, z Poznaniem też nie najgorzej. I znowu tyłek nasz został uratowany przez Polaka, który trudnił się sprowadzaniem przyczep z Holandii. Z nim miałyśmy jechać aż do granicy. Po krótkiej rozmowie jednak nasze plany uległy zmianie. Albowiem okazało się, że pan kierowca musi dostarczyć przyczepę do Sosnowca. Postanowiłyśmy więc z Josie, że skoro mamy taką okazję, to ja pojadę z panem aż na Zagłębie, a jej znajdziemy podwózkę do Poznania na granicy. Tak też się stało. Po wielu postojach, drzemkach i wypalonych papierosach, następnego dnia około 15 czekałam na autobus na Dąbrówce, który miał mnie zawieź praktycznie pod dom :)
Co tu dużo powiedzieć, ta wyprawa była przygodą mojego życia. Odzyskałam wiarę w ludzkie dobro, jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi, i zakochałam się. W autostopowaniu oczywiście. Dlatego też nie mogę się doczekać majówki, kiedy to obieram z przyjaciółką kurs na Amsterdam.

Mapka naszej podróży z Montpellier do domu.

 


W sumie przejechałyśmy 2 115km. I to licząc od Montpellier, a nie od Barcelony.
Najdłuższa droga jednym autem: Hannover - Sosnowiec: 779km.
Zlitowało się nad nami na tej trasie 7 kierowców, w tym tylko jedna kobieta. 2 Francuzi, Holender, 2 Polacy, 2 Niemcy.

piątek, 22 listopada 2013

powrót z Barcelony i magiczne Montpellier

W jesieni jest coś takiego, że często skłania nas do melancholii, do lekkich stanów depresyjnych, kiedy najzwyklejsza głupota może wyprowadzić mnie z równowagi i pozbawić humoru na najbliższy tydzień.
Ale staram się temu nie poddawać, a pomagają mi w tym piękne wspomnienia, które zgromadziłam tego lata. Naprawdę cudowne. Uśmiecham się wtedy sama do siebie, zdając sobie sprawę z tego, jaką jestem szczęściarą. I właśnie dziś, kiedy sobie wspominałam, przypomniało mi się, że moja autostopowa przygoda nie doczekała się na blogu jeszcze ciągu dalszego.

Kolejną noc po dotarciu na metę wyścigu spędziłyśmy u znajomego Josie, dzięki któremu porządnie się wyspałyśmy (co istotne: wreszcie na miękkim podłożu!), co zamiast dać nam siłę na powrotną podróż, jedynie nas rozleniwiło i sprawiło, że trudno było nam się rozstać z tym barcelońskim mieszkaniem z widokiem w oddali na Sagradę Familię.
Słit focia z naszymi ogromniastymi plecakami.
Przebijająca się przez budynki Sagrada Familia.
Ostatecznie jakoś udało nam się zebrać i wyruszyć w drogę. Z wyjazdem z Barcelony pomógł nam portal hitchwiki.org. Jeżeli ktoś wybiera się na autostopową wyprawę, to ten adres powinien koniecznie znać.
Późnym popołudniem pojawiłyśmy się więc niewielkiej miejscowości Montcada i Reixac licząc na to, że jeszcze tego samego dnia uda nam się dotrzeć do Montpellier, gdzie dzięki uprzejmości kolejnego znajomego Josie, miałyśmy spędzić noc.
Montcada i Reixac
Po drodze oczywiście jeszcze zgubiłyśmy się w poszukiwaniu odpowiedniej stacji benzynowej. Okazało się, że nie tylko my. Pod jedną z tych "niefajnych-do-łapania-stopa" stacji spotkałyśmy Andrzeja, który miał przyjechać do Barcelony na 3 dni, a został 2 miesiące. Jak widać nie tylko mną zawładnęło to miasto.
W razie gdybyśmy mieli wątpliwości czy zmierzamy w dobrym kierunku
Andrzej okazał się mistrzem stopowania i zanim się obejrzałyśmy już zmierzał na tylnym siedzeniu w kierunku Toulouse. Na szczęście my nie musiałyśmy czekać o wiele dłużej, bo wkrótce dzięki uprzejmości pewnej Hiszpanki miałyśmy dotrzeć do Girony.
Byle do przodu!
Ten dzień był dość szczęśliwy, bo z Girony do Perpignan zabrałyśmy się z Anglikiem o złączonych brwiach w śmiesznym pomarańczowym pojeździe.
Nasz wehikuł!
Kilka osób mnie pytało czy taka podróż autostopem nie jest czasem aby męcząca. Odpowiedź jest jedna: Tak, jest męcząca. Co może być na to najlepszym dowodem? Chociażby to, że zasnęłam, podczas gdy nasz kierowca raczył nas muzyką Guano Apes puszczoną na pełen regulator, a przy tym wszystkim głośniki znajdowały się idealnie nad moją głową.
A oto i dowód.
W Perpignan czekał nas jedynie troszkę krótszy postój. Ostatecznie zlitowała się nad nami jakaś francuska para, która pomimo niewielkiego auta chciała nam pomóc w dotarciu do Montpellier. Jak to bywa z Francuzami, komunikacja nasza była dość utrudniona, jednak ludzie okazali się przekochani zawożąc nas do samego miasta, robiąc kilkanaście dodatkowych kilometrów.
W samym Montepellier okazało się, że znajomy Josie, u którego miałyśmy nocować nie może po nas przyjechać, bo wyszedł już świętować nowy rok akademicki ze znajomymi do parku w centrum miasta.
Ale co to dla nas! Na migi i angielskim wytłumaczyłyśmy ludziom, gdzie chcemy dojechać i ci pokierowali nas na tramwaj. Jak się okazało później, nie do końca w dobrym kierunku, ale wierzę, że intencje mieli dobre. Po pół godziny znalazłyśmy się w centrum miasta. Nicolas i jego znajomi zaprowadzili nas do parku, w którym studenci, co było widać po ich stanie, rozpoczęli świętowanie kilka godzin wcześniej.
Wielką popularnością cieszyła się tam nasza polska wódka, którą przywiozłyśmy N. w ramach podziękowania za gościnę.
Powrót do "domu" do najłatwiejszych nie należał, bo z racji tego, że nasz host sam przeprowadził się do Montpellier kilka dni wcześniej sprawiło, że wysiedliśmy na złym przystanku i resztę drogi musieliśmy pokonać piechotą. Po drodze natknęliśmy się na kanapę, którą, po ocenieniu przez N. jej stanu jako dobry, postanowił zabrać do domu.

I kolejny raz nie chciało nam się wyjeżdżać. Była woda, jedzenie, miękkie miejsce do spania.
Postanowiłyśmy więc zostać kolejną noc i wieczorem pozwiedzać trochę samo miasto, które okazało się piękne, no ale niech zdjęcia przemówią same za siebie.




Mistrz drugiego planu nigdy nie śpi.
Moje ukochane zdjęcie z całej wyprawy
I na sam koniec - my!
Przepraszam za zatrważającą ilość zdjęć, ale nie mogłam się zdecydować, które wybrać, bo po prostu zakochałam się w Montpellier.

A Wam jak się podoba miasto? :)

sobota, 12 października 2013

summer race, day 4.

Tej nocy wyspałyśmy się jak nigdy podczas naszej autostopowej wyprawy. Josie wychodząc z naszej jednodniowej sypialni, spotkała pana, Polaka, który również postanowił udzielić gościnności na swojej pace zielonokoszulkowcom. Zawsze miło było ich spotykać na drodze i wymieniać się wrażeniami z drogi.
Po ogarnięciu się do takiego stanu, żeby chociaż kierowcy nie dodawali gazu widząc nas gdzieś na poboczu, nasi wybawiciele zaprosili nas na śniadanie. Kiedy my jeszcze ze smakiem pałaszowałyśmy śniadanie, nasi zieloni-znajomi poszli już stanąć przy wspomnianym wcześniej znaku. Nie minęło 5 minut jak ze śmiechem na ustach wróciła po rzeczy mówiąc, że mają podwózkę do samej Barcelony. Tak, można powiedzieć, że oddałyśmy tego stopa za śniadanie. No cóż, zdarza się. Chwilę potem moja towarzyszka przyszła z nowiną, że pan Mariusz spotkany na parkingu jedzie do Walencji i może nas podwieźć. Szybkie przypomnienie mapy Hiszpanii... No to cudnie, bo jest duża szansa, że będzie jechał przez Barcelonę. Okazuje się jednak, że panu chodziło o miejscowość we Francji - Valence. No cóż, ale nie będziemy kręcić nosem, zawsze to kawałek do przodu, wsiadamy! Szybkie pożegnanie z panami, którzy okazali nam tak wiele życzliwości, a jeszcze pan Tomek wcisnął mi nasz późniejszy obiad, którym były sałatki z tuńczykiem, mówiąc, że przecież on już wraca do Polski, że nie zje, a nam przecież na pewno się przyda.
Droga minęła szybko, za oknami piękne widoki, a nasz kierowca bardzo rozmowny. Chętnie pozuje do zdjęć, a nawet wydaje się ich domagać.
Pan Mariusz w drodze do Valence.
Pamiątkowe zdjęcie.
W Valence, jakby inaczej, również spotykamy Polaka na parkingu. Również takiego, który nie jedzie w naszym kierunku. Jakiś czas paradowałam z tabliczką powoli zdając sobie sprawę, że już blisko, że teraz to na pewno damy radę. Chwilę później zatrzymał się przy mnie pewien Francuz, który zaoferował się zabrać nas do Marsylii. Co prawda Montpellier bardziej by nas urządzało, ale taki kawał do przodu... Nie sposób odmówić. Wracając jednak po rzeczy i moją towarzyszkę podróży okazało się, że rozmawia z innym Polakiem, który powiedział, że może nas zabrać do Montpellier za pół godziny. Szybka decyzja i już lecę do Francuza próbując słowami 'Merci, merci' i gestami dać mu do zrozumienia, że dziękujemy, ale pojedziemy jednak z tamtym panem.
Jedziemy do Montpellier!
I tak oto po kilku godzinach znalazłyśmy się na parkingu gdzieś w okolicach Montpellier, czyli na ostatniej prostej do Barcelony. Spokojne o swój przyjazd na metę zabrałyśmy się za obiad podarowany nam przez pana Tomka, kiedy z daleka dostrzegłam dwie zielone koszulki.
Wymachuję radośnie rękami, żeby mnie zauważyły. One podbiegają, patrzą na nas i zadają najbardziej retoryczne pytanie, jakie mogły zadać: "Wy też do Barcelony?". Aż musiałam sprawdzić czy po drodze nie zgubiłam w jakiś magiczny sposób swojej koszulki, ale nie, dalej jest na swoim miejscu. "No jasne, że do Barcelony." Na co one odpowiadają: "No to chodźcie, bo jedziemy pustym autokarem z dwoma Hiszpanami aż do Barcelony". Chwila niedowierzania... Ale serio autokar? Ale serio do Barcelony?
No tak chodźcie. Okej, dwa razy nam nie trzeba było powtarzać.
Hiszpanie wyraźnie byli lekko zdziwieni kolejnymi zielonokoszulkowcami, którzy chcieli się z nimi zabrać, jednak miło nas witają i ruszamy w drogę.
Blisko, coraz bliżej!
Dziewczyny - Ania i Paulina, zdawały się zadowolone z naszego towarzystwa, bo wreszcie mogły się porozumiewać z naszymi kierowcami, bo po angielsku szło im dość opornie. Nie powiem, praca jako tłumacz bardzo przypadła mi w czasie tej drogi do gustu.
Tym bardziej kiedy okazało się, że panowie mieszkają w Murcji. Tak, właśnie w tym samym mieście, w którym rok temu spędziłam miesiąc jako au pair. Oni sami nie mogli uwierzyć w ten zbieg okoliczności, wypytując o ulicę przy której mieszkałam, a w odpowiedzi podając mi opis całej okolicy. A to wszystko przy akompaniamencie hiszpańskiej muzyki, która jeszcze przecież niedawno umilała mi wyjścia ze znajomymi w Madrycie. Panom chyba odpowiadało nasze towarzystwo, bo ciągle nas komplementowali, a nawet podarowali nam i dziewczynom wino. To naprawdę była bardzo przyjemna podróż i nie tylko dzięki temu prezentowi, ale rozmowom. Panowie chętnie dzielili się swoją wiedzą na temat hiszpańskiej kuchni, której bardzo ciekawe były Ania i Paulina. Co więcej, nawet urządzili nam degustację z udziałem, charakterystycznych dla ich kraju, wędlin. A później jeszcze na kawę zaprosili.
Na ostatniej prostej.
Po krótkim ustaleniu trasy okazało się, że panowie do samej Barcelony wjeżdżać nie będą, ale wysadzą nas w takim miejscu, że powinnyśmy złapać tam coś już bezpośrednio do Castelldefels, gdzie mieścił się nasz kemping, czyli meta naszego wyścigu. Jednak z racji tego, że po pierwsze chyba polubili nasze towarzystwo, a po drugie dojeżdżając na miejsce była już godzina 22 i miałybyśmy problem, żeby jeszcze tego samego dnia dojechać do celu, nasi uroczy Hiszpanie postanowili, że zawiozą nas do samego Castelldefels. Szybkie spojrzenie na adres kempingu i okazuje się, że znajduje się on przy autostradzie, więc nieśmiało postanawiam zapytać czy nie będziemy czasem przejeżdżać tą i tą drogą, na co Pepe odpowiada "Możemy jechać". Kiedy wreszcie wjechałyśmy do naszej miejscowości nerwowo rozglądamy się na boki w poszukiwaniu mety. Jest! Zauważam ją jako pierwsza i z tych emocji już nie mogę usiedzieć na miejscu. Tak jest, złapałyśmy stopa z Montpellier praktycznie pod sam kemping. Nie mogłyśmy sobie odmówić zdjęcia z panami, którzy sprawili, że w takim stylu pokonałyśmy ostatni etap naszej podróży.
Kierowcy naszego wesołego autokaru.
Powiem Wam jedno, uczucia, które poczułam wchodząc na teren ośrodka, nie da się opisać. Z tego wszystkiego aż się popłakałam, bo wzruszenie było tak ogromne. Nie chodzi nawet o samo miejsce, bo jak pewnie osoby od jakiegoś czasu tu zaglądające wiedzą, Hiszpanię, a w szczególności Barcelonę, uwielbiam całym swoim sercem, ale o fakt, że się udało! Ja, osoba, którą ludzie nigdy nie posądziliby o taką odwagę, przejechałam 2 tysiące kilometrów autostopem. Zrobiłam to! Poznałam wspaniałych ludzi, nikt mnie nie porwał, nie zgwałcił, a nawet nie okradł. Udowodniłam swojej rodzinie, że dałam radę. Czułam dumę i satysfakcję, ogromną satysfakcję.
I jeszcze ci ludzi na mecie, którzy widząc nas z plecakami, bili nam brawo, podchodzili, gratulowali, że dałyśmy radę i zapewniali, że cieszą się, że do nich dołączyłyśmy. Ogromnie pozytywni.
Przy rejestracji naszego teamu organizatorzy rozmawiali o naszej małej imprezie na pace. Niesamowite jak to wieści szybko się rozchodzą. Gdy mimochodem wspominam, że również w tym uczestniczyłam zaraz się na nas rzucają z pytaniami czy mamy jakieś zdjęcia, filmy, cokolwiek i że dawno tak świetnej historii nie słyszeli. Co więcej wychodzi na to, że przybyłyśmy w idealnym momencie, bo za jakieś pół godziny miała się odbyć impreza. Szybkie ogarnięcie się do stanu takiego, żeby chociaż ludzi nie straszyć, mimo że ciemno już, po drodze spotykając mnóstwo znajomych twarzy. Kiedy doszłyśmy już na miejsce imprezy okazało się, że najciekawsze dzieje się na zewnątrz zamiast wewnątrz. Po kilku wymianach doświadczeń z podróży zauważam Natalię, naszą towarzyszkę z paki. Właśnie, pamiętacie jak drugiego dnia zostawiłam telefon w samochodzie Niemca, a później nie udało mi się do niego dodzwonić? Otóż Natalia wita mnie słowami "Nie zgubiłaś czasem czegoś?". Więc tłumaczę jak do tego doszło i że to dlatego nie można się było ze mną skontaktować. Na co ona "Wiem, bo mam numer do tego Niemca". Czyż to nie cudowne zakończenie naszej podróży do Barcelony? Jedynym złym elementem tych czterech dni była właśnie zguba mojego telefonu, a teraz jeszcze się okazuje, że są duże szanse na jego odzyskanie! Nie mogłam się powstrzymać od wyściskania N. z radości. Na lepsze spanie jeszcze nocna przechadzka na plażę i można z uśmiechem na twarzy położyć się spać w rozpadającym się namiocie.

Mapka z tego dnia:

Wyświetl większą mapę

Podsumowanie:
Tego dnia pokonałyśmy około 671km. A to wszystko w 3 częściach.
Najdłuższy stop wynosił 364km, z Montpellier do Castelldefels.
Najkrótszy stop wynosił 102km, ze Lyonu do Valence.
Wśród dwóch kierowców było 4 mężczyzn, 2 Polaków i 2 Hiszpanów.

Następna notka ze słonecznej Barcelony!