środa, 20 lipca 2016

6 powodów dla których warto zostać au pair

Au pair to temat, który zawsze gdzieś tam wychodzi podczas poznawania nowych ludzi czy rozmów z dalszymi znajomymi, którzy raczej nie są na bieżąco.
Zdałam sobie sprawę, że mój blog to jeden wielki bałagan. Są jakieś notki z jednej podróży, z drugiej, dalej nie dokończyłam relacji z autostopowych wypraw do Amsterdamu czy Budapesztu i nie napisałam chyba nic z mojej aktualnej przygody jako au pair. A jestem tu już 8,5 miesiąca...

Jeśli ktoś za to w przeszłości na bloga zaglądał, powinien wiedzieć, że wcześniej byłam au pair dwa razy.
1) czerwiec 2012 - Murcja
2) lipiec-sierpień 2013 - Cobena (wioseczka 40km od Madrytu)
Jak to się mówi do trzech razy sztuka i w listopadzie 2015 roku wylądowałam w Madrycie, chcąc nie chcąc, wróciłam trochę na "stare śmieci". Wydarzyło się sporo i może jeszcze kiedyś opiszę niektóre ze swoich podróży (albo i nie, jak to mam w zwyczaju), ale w tym momencie chciałabym się skupić ogólnie na samym "programie" i właściwie dlaczego warto zostać au pair (a ten wyjazd pokazał mi, że naprawdę warto).

1) Szkolenie języków obcych
Tym razem do Madrytu przyjechałam po ukończonych studiach licencjackich z filologii hiszpańskiej. Zapewne według założeń uczelni czy moich wykładowców powinnam być w stanie prowadzić wielogodzinne rozmowy z Hiszpanami na temat ich historii. A prawda jest taka, że nauczyłam się tu cholernie dużo. Bo owszem, na studiach mieliśmy mnóstwo słownictwa z poezji czy budowy samochodu, jednak dopiero tutaj dowiedziałam się jak są śpiki, kołysanka czy jak brzmią te mniej cenzuralne słowa. Obcuję z tym językiem 24h/dobę. Zaczynam myśleć po hiszpańsku. To coś, czego studia mnie nie nauczyły. No i kwestia akcentu. Mam dobry słuch, a tym samym obcując cały czas z rodzimymi użytkownikami języka, "przejęłam" trochę z ich wymowy czy intonacji. Jak Hiszpanka nigdy nie będę pewnie mówiła, ale za pół-Hiszpankę, która całe życie spędziła w Polsce, jak najbardziej! (wypróbowane)

2) Poznawanie kultury i samych Hiszpanów
Studia filologiczne mają to do siebie, że oprócz uczenia cię języka, przekazują wiedzę na temat historii, literatury, tradycji. Teoretycznie miałam wszystko opanowane, natomiast mieć szansę przeżyć to wszystko tutaj na miejscu, zobaczenia jak to naprawdę wygląda, a nie tylko na papierze, to dwie różne rzeczy.
Byłam tutaj w czasie Świąt Bożego Narodzenia (prawie), jedząc kilogramy polvorones i turrón, o których słyszałam, wiedziałam, widziałam zdjęcia, ale tak naprawdę nie wiedziałam czym są. Odwiedziłam Walencję przy okazji Las Fallas czy Sewillę w czasie Semana Santa i Feria de Abril. Czy ostatecznie byłam w Madrycie, kiedy ochodzone były Fiestas de San Isidro.
To jeśli chodzi o święta, a co mogę powiedzieć o hiszpańskiej kuchni? Że uwielbiam salmorejo, że jadłam najlepszą tortillę de patatas. Tak wiem, turyści też mogę się tym pochwalić. Ale czy jedli oni taką domową, z wiejskich jaj, przygotowaną starannie przez babcię dla swojej rodziny?
No i sami Hiszpanie. Przyjeżdżając tutaj miałam w głowie ich wyidealizowany obraz, przyznaję. W ciągu ostatnich 8 miesięcy bezpowrotnie straciłam moje różowe okulary, przez które zawsze ich obserwowałam. Ale wiecie co? Dalej ich lubię i to na tyle, że mój pobyt jako au pair zaowocował znalezieniem pracy w hostelu w Sewilli.

3) Podróże małe i duże
Wiadomo, "zarobki" au pair nie zawsze pozwalają na wymarzone wojaże, ale zawsze można coś zwiedzić. Tym sposobem ja przez 8 miesięcy byłam w: Alcala de Henares, Segowia, San Lorenzo de el Escorial, Pedraza, Walencja, La Antilla (Lepe), Alicante, Badajoz, Caceres, Salamanka, Lizbona, Malaga, Granada, Kordoba (dwukrotnie) czy moja Sewilla (dwukrotnie), w której się zakochałam i która już za 2 miesiące będzie mi domem. A już 2 sierpnia płyniemy na Minorkę.

4) Poznanie siebie
Brzmi pompatycznie i strasznie poważnie, ale tak naprawdę jest. Jadąc do obcego kraju, nie znając nikogo, mieszkając u obcych ludzi, nauczy Cię sporo o tobie samej, ale i ogólnie trochę o życiu, trochę o relacjach międzyludzkich. Taki wyjazd weryfikuje Twoje dotychczasowe poglądy czy nawet niektóre znajomości/przyjaźnie.

5) Zyskiwanie nowych przyjaciół
W Madrycie poznałam mnóstwo ludzi z całego świata. Często w podobnej sytuacji: daleko od domu, próbujących poukładać sobie wszystko na nowo w tym ogromnym mieście czy szukających przyjaciół. Mimo, że tak naprawdę możecie widywać się ze sobą tylko kilka miesięcy, to są to naprawdę cenne znajomości, bo czas, który razem spędzacie razem jest bardziej intensywny i nic dziwnego, że czujesz, że to koniec świata żegnając swoją koleżankę z Nowego Jorku, którą znałaś raptem 7 miesięcy. Może później nie będzie się już widywać tak często, ale jestem pewna, że do takich spotkań dojdzie. Nie teraz, nie za 3 miesiące, może nawet nie za rok, ale kiedyś. I może niekoniecznie w Madrycie.

6) Obcy ludzie, którzy stają się dla Ciebie rodziną
Tutaj akurat wszystko zależy od szczęścia. Ja tym razem trafiłam na przecudowną rodzinę. Darzę ich wszystkich ogromnym uczuciem, a sądzę, że nie będzie to nadużyciem jak napiszę, że mojego maluszka to kocham. To ludzie, którzy zgodnie z założeniami programu traktują mnie jak członka rodziny i to nie tylko od święta, ale na co dzień. Nie tylko Ci, z którymi mieszkam, ale i dalsza rodzina, dziadkowie, wujkowie, kuzynki, kuzyni. Jestem pewna jak nigdy, że pozostaniemy w kontakcie i że w Madrycie będę pojawiała się w miarę często. A najbliższa okazja już w 2 miesiące po wyjeździe, czyli 3. urodziny Młodej.



Nie oszukujmy się, au pair jest pracą, i to ciężką pracą, ale wszystkie powody, które wymieniłam powyżej sprawiają, że warto. Dlaczego więc Ty nie miałabyś zostać au pair? :)


poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Walencja, czyli w razie gdy budzik nie dzwoni, kciuk w górę

Z okazji Las Fallas, czyli Święta Ognia, postanowiłam się z koleżanką wybrać do Walencji.
Wszystko ustalone, jedzenie przygotowane na wycieczkę, nastawione 4 budziki, bo zbiórka o 7:30.

W sobotę budzę się i patrzę na zegarek: 9:30. Okej, trochę dziwne, że Marta nie obudziła mnie, żebym zajęła się małym, ale okej, pewnie Pelu się ogarnął.
Chociaż nie, głupia, przecież jest sobota i mam wolne, mogę spać.
Cholera, owszem jest sobota, ale dzisiaj Las Fallas!

Zerwałam się z łóżka jak opętana. Wpadłam w histerię. Bo wszystko zapłacone, a poza tym tak się nastawiłam, że żal było stracić taką wycieczkę.
Marta pożycza mi telefon, dzwonię do Oli, mojej towarzyszki niedoli. Okazało się, że biedna nie pojechała i krążyła później w pobliżu mojego domu, czekając aż się obudzę.
Zdziwiło mnie, że Ola do mnie nie dzwoniła widzą, że nie stawiłam się na zbiórce, Marta nawet podsunęła pomysł, że może ona też zaspała, ale okazało się, że po prostu mój telefon musiał odmówić posłuszeństwa.
Przez to budziki najprawdopodobniej moje budziki nie zadzwoniły, a O. nie mogła się do mnie dodzwonić.
Poprosiłam Olę, żeby przyszła do mnie do domu, ewentualnie razem spędziłybyśmy po prostu ten dzień.
Ale zanim zjawiła się w mych drzwiach, ja w głowie już miałam szatański plan.
-Oluś, a może pojechałybyśmy stopem?
Pogoda niestety nie rozpieszczała
Ola co prawda nigdy wcześniej autostopem nie jechała, ale nie musiałam jej długo namawiać.
Wiedziałam, że w Hiszpanii autostop funkcjonuje raczej słabo, ale po prostu nie wybaczyłabym sobie, gdybym nie spróbowała. Postanowiłam więc, że znajdziemy stację benzynową przy drodze prowadzącej do Walencji, zgodnie z wytycznymi Biblii Autostopowiczów, czyli hitchwiki, i poczekamy godzinę, dwie, jeśli nic nie złapiemy, wracamy do Madrytu.

Trafiłyśmy. Pogoda nie dopisywała. Po krótkiej pogawędce z pracownikiem stacji ustaliłam, że stopowicze się zdarzają i co więcej, coś tam nawet łapią! No to kamień z serca. Podbudowane stanęłyśmy na wjeździe na stacje. Po około 15 minutach siedziałyśmy już w aucie. Co prawda nie jechałyśmy jeszcze do Walencjo, ale miałyśmy mieć już jakąś połowę drogi za sobą. Okazało się, że państwo jechali do Benidormu. Postanowili nas podrzucić na ostatnią stację przed "rozwidleniem" dróg. Niestety mama kierowcy się przeliczyła i przejechaliśmy rozwidlenie bez uprzedniego postoju na stacji. Na szczęście byli na tyle mili, że pojechali w stronę Walencji. Tam rozstaliśmy się na pierwszej stacji benzynowej, która się napatoczyła, przed tym jak dokładnie sprawdzili czy czasem dużo drogi by nadrobili, gdyby do Benidormu pojechali jednak przez Walencję.

Małe fallasowe cudeńka
W porze obiadowej byłyśmy więc na nowej stacji. Wybrałyśmy miejsce na wysepce tak, aby wjeżdżający i wyjeżdżający mogli nas ładnie widzieć. Po chwili w naszym kierunku już zmierzała jedna z pracownic stacji. "No to ładnie postopowałyśmy..." myślę.
Pracownica: Co Wy tu robicie?
Ja: Łapiemy stopa, a przynajmniej próbujemy.
P: Aha, to powodzenia

I tak zwyczajnie sobie poszła. Kamień z serca. Tym razem czekałyśmy już więcej, około godziny, ale ostatecznie dzięki uprzejmość Pana-Zawodowego-Kierowcy-z-Rumuni dostałyśmy się na miejsce.
Pan-Zawodowy-Kierowca-z-Rumuni słysząc, że jesteśmy z Polski od razu wykorzystał okazję do podszlifowania swoich umiejętności jeśli chodzi o język polski. Z lekkim niedowierzaniem dowiedziałyśmy się, że Pan-Zawodowy-Kierowca-z-Rumuni nauczył się trochę naszego rodzimego języka podróżując po Polsce z cyrkiem. Tak, dobrze słyszeliście, od teraz Pan-Zawodowy-Kierowca-z-Rumuni stał się Panem-Zawodowym-Kierowcą-Z-Rumuni-Byłym-Cyrkowcem-Mówiącym-Po-Polsku.

Same Las Fallas okazały się dość ciekawym zjawiskiem, na pewno wartym obejrzenia, jednak jak dla mnie ostatecznie zbyt dużo dymu, petard, hałasu i ludzi. Spożywających litrami alkohol ludzi. Więcej na Las Fallas nie wrócę, chociaż można było podziwiać niecodzienne dzieła sztuki, ale do Walencji i owszem, bo jeszcze wielu rzeczy nie widziałam.


poniedziałek, 14 marca 2016

"Los ojos con mucha noche", czyli wizyta w Maladze


Pomimo, że nie zawsze było kolorowo, zdecydowałam się po raz trzeci zostać au pair. Tym sposobem piszę tego posta z mojego pokoiku w Madrycie. Jednak teraz jest inaczej. Dłużej (bo zostaję do sierpnia) i zdecydowanie lepiej.
To, że Hiszpanię kocham całym sercem, chyba nikomu nie muszę mówić. A że tak naprawdę do tej pory jeszcze wiele nie widziałam, to przed przyjazdem do stolicy zdecydowałam się na tygodniową podróż po Andaluzji. Pierwszym przystankiem była Malaga. Malaga, która słynie ze swojego mikroklimatu, Pablo Picasso i Antonio Banderasa.

Podróż okazała się wyjątkowo niefortunna. Jadąc o 7 rano na krakowskie lotnisko zaczęła niepokoić mnie mgła. Jednak po sprawdzeniu komunikatów na stronie lotniska uspokoiłam się widząc, że nie było planowane żadne opóźnienie. Seria niefortunnych zdarzeń rozpoczęła się, kiedy stałam już w kolejce do bramki. Opóźnienie, kolejny komunikat za 15 minut. Po 15 minutach dokładnie to samo. Po kolejnych 20 ostateczna decyzja - jedziemy do Katowic. Zamieszania co nie miara. Nikt nie wie, gdzie czekać, nikt nie wie, ile przyjdzie nam czekać. Czekaliśmy chyba z godzinę aż przyjechały 2 autobusy. Także pomimo planowanego wylotu na 10 rano, wylecieliśmy dopiero o 15. Czyli pół dnia z pobytu w Maladze zostało mi bezpardonowo odebrane.


Po przejeździe autobusem, taksówką i kilkunastominutowym krążeniu po centrum miasta, trafiłam wreszcie do hostelu. Zmęczona i zła, ale jednak i tak postanowiłam wyjść, żeby nie stracić jeszcze więcej z tego wyjazdu. Decyzję ułatwił fakt, że do mojego pokoju wszedł chłopak, który siedział przede mną w samolocie. Po wymianie kilku zdań zdecydowaliśmy się spędzić wspólnie wieczór. I całkiem słusznie jak się później okazało, bo nadawaliśmy na tych samych falach. Dlatego też wyjście na kolację o 22 przeciągnęło się do 3 w nocy w towarzystwie sporej ilości alkoholu.


I też pomyśleć, że był to już prawie listopad!
Tak piękna pogoda znacząco zachęcała do spacerów, dlatego też następny dzień spędziłam zwiedzając miasto. Światło dzienne zdecydowanie odmieniło to miasto w moich oczach.












Po dniu spędzonym na zakupach, piciu kawy i spacerowaniu przyszedł czas na wyjazd do Grendady. Zdecydowałam się na opcję z blablacar. I wiecie co? Po raz kolejny okazało się, że świat to jest jednak malutki. Moim kierowcą była koleżanka mojej znajomej, którą poznałam z racji tego, że spędza właśnie Erasmusa w Katowicach!

Po niecałych dwóch godzinach byłam już w Grenadzie (egh, dziwinie to brzmi po polsku, zdecydowanie wolę "Granada"!), mieście słynącym ze swoich tapas. Ale o tym już w kolejnym poście.

***

Uff! Wreszcie się zebrałam na napisanie tego! I pomyśleć, że w Maladze byłam już 4 i pół miesiąca temu... ;)

wtorek, 1 września 2015

Lengyel, Magyar – két jó barát, együtt harcol, s issza borát, czyli wizyta w Budapeszcie

Czyli polskie przysłowie Polak, Węgier, dwa bratanki, i do szabli, i do szklanki - idealnie obrazuje miłość jaką Polacy darzą węgierską stolicę, a szczególnie w czasie majówki.
Gdzie się człowiek nie obrócił tam Polacy, a też nasz wyścig z liczbą 800 uczestników sprawy nie ułatwił.

Po campingowym ognisku i nocnych śpiewach z trudem zebrałyśmy się na pociąg do centrum. Jednak widok, który spostrzegłyśmy zaraz po wyjściu ze stacji udowodnił, że było warto wcześnie zwlec się z namiotu, który o poranku wydał mi się wyjątkowo wygodny.


Budynek Parlamentu ciągle mnie zachwyca!
Gdy już spokojnie nacieszyłam się widokiem Parlamentu, ruszyłyśmy na spotkanie Budy. A jak Buda, to i Baszta Rybacka.


Kolejne cudne miejsce na mapie Budapesztu
Po pokrzepieniu się Monsterem, który towarzyszył mi całą, jakże nieprzespaną, wyprawę, byłyśmy gotowe na wydawane co chwilę okrzyki zachwytu, które towarzyszyły nam podczas zwiedzania Baszty.
Żeby potwierdzić nasz zachwyt tym miejscem poniżej kilka zdjęć:





Mam kolejny dowód, że to piękne miejsce jest! A jest nim poniższe zdjęcie, czyli Klaudia, która zawsze ucieka przed obiektywem aparatu, dała sobie zrobić zdjęcie.

Tak, tak, to nie fotomontaż, naprawdę dałam się sfotografować!
Jakby samej baszty było mało, to możemy również podziwiać tam Kościół Macieja.

Kościół Macieja
Okolice kościoła
Jeśli chodzi o sam Budapeszt, to zaplanowałyśmy z Kasią wyprawę do tego miasta już jakieś 2 lata temu? To znaczy stwierdziłyśmy, że fajnie byłoby go zwiedzić. Dlatego też, kiedy na pewnym Jarmarku Bożonarodzeniowym w Krakowie dojrzałyśmy szyld, który informował, że w tym miejscu będzie można zjeść langosza, czyli jedno z popularniejszych węgierskich dań, postanowiłyśmy bezwzględnie zapoznać się z tą przekąską. I całkiem słusznie! Chcą przypomnieć sobie zapamiętany 1,5 roku wcześniej smak, ruszyłyśmy po zwiedzeniu baszty na poszukiwania langosza. Chodziłyśmy w kółko wmawiając sobie, że przecież w tak turystycznym miejscu muszą go serwować. Po kilkudziesięciu minutach wróciłyśmy, głodne, do punktu wyjścia. Budapeszt w czasie majówki był wręcz "zalany" Polakami, więc mając koniec języka za przewodnika, podeszłam do jednego z przewodników, który właśnie obwieścił swoim podróżnym początek przerwy. Widać, że Pan nie miał zbyt dobrej pamięci do twarzy, bo zaproponował, żebyśmy ze spróbowaniem langosza poczekały do dnia następnego, kiedy pojedziemy za miasto, bo w Budzie może być ciężko go znaleźć. Podziękowałyśmy grzecznie za zaproszenie i za radę. Miałyśmy nowy cel: przedostać się do Pesztu i odnaleźć langosze.
Zamek Królewski
Widoki z baszty
Może tutaj znajdziemy langosze?
Albo tutaj?
Halo, czy widział Pan może langosza?
Niestety jak się okazało, akurat tego dnia przedostanie się na stronę Pesztu można było właściwie nazwać Mission Impossible. Spokojnie, mosty są, nie trzeba płynąć wpław. Natomiast akurat 1. maja Kimi Räikkönen postanowił, że przecież hej! Jeszcze nie jeździłem sobie w kółko po Budapeszcie wyścigówką, blokując pół miasta, a 1. maja i przyjazd Klaudii to idealna ku temu okazja!
Kimi, nienawidzę Cię, wisisz mi dużego langosza!

Tak, to Most Łańcuchowy. Tego dnia oczywiście również zablokowany.
W pewnym momencie miałyśmy już dość tego miasta, kiedy przeszłyśmy pół miasta, żeby dowiedzieć się, że most, który sobie upatrzyłyśmy, też jest zamknięty.
Humor i dalsza chęć zwiedzania wróciły dopiero po wlaniu w siebie złocistego napoju. Polecam na skołatane nerwy!

Ostatecznie przedostałyśmy się na tę, langoszami płynącą, cudowną stronę Budapesztu. Natomiast sił wystarczyło nam już tylko na wizytę w McDonald's. Ale próbowałyśmy, pamiętajcie!

Przed przyjazdem na camping zdążyłyśmy więc jedynie odkryć, że picie w miejscach publicznych jest dozwolone. Miły akcent na koniec dnia.

Już prawie po stronie Pesztu!
 Natomiast po przyjeździe na camping odkryłyśmy, że wino, które w przeliczeniu na złotówki kosztuje 4,5zł, smakuje najlepiej na świecie. Pamiętajcie, tanie wino jest dobre, bo jest dobre i tanie :)
Pewnie nie tylko my doszłyśmy do takiego wniosku, skoro na imprezie wyścigowej w pewnym momencie organizatorzy zarzucili muzyczkę do Poloneza i cała sala ruszyła w tany. Wykonanie lepsze niż na niejednej studniówce, zapewniam!

Swoją drogą sama impreza miała miejsce na campingu oddalonym od naszego o jakieś 7min piechotą. Zgadniecie co zobaczyłam po przyjściu na jego teren? Tak jest! Nie jedną, lecz dwie(!) budki z langoszem. Nawet już nie chciałam wiedzieć czy były one normalnie otwarte w ciągu dnia. Wolałam myśleć, że nie, by następnego dnia w pełni wyruszyć na spotkanie tego przysmaku już w Peszcie.

Ktoś wytrzymał do końca? Gratuluję! To zostawiam Was z wiadomością, że na bloga wracam, bo za 2 miesiące wracam do słonecznej Hiszpanii i po raz trzeci rozpoczynam przygodę jako au pair. Tym razem 8-miesięczną. Stay tuned!

wtorek, 12 maja 2015

O tym jak Klaudia znowu się ściga

Kiedy nie podróżuję, to tracę wenę do prowadzenia bloga. No bo raczej nikt nie jest zainteresowany czytaniem o życiu studentki hispanistyki pracującej dodatkowo w dwóch miejscach. A tak niestety moje życie od października wyglądało. Krążenie między pracą a uczelnią, w domu bywałam gościem. Powoli miałam wszystkiego dość i postanowiłam, że choćby się waliło i paliło, to ta majówka będzie dla mnie chwilą wytchnienia, że pojadę gdzieś stopem i zapomnę na tydzień o wszystkich terminach i rzeczach do zrobienia.
Zdecydowałam, że w tym roku pościgam się znowu autostopowo, a że czasu dużo nie było, to wybór padł na Budapeszt i kolejny wyścig z Poznania z ekipą addicted2fun. Rok temu nie byłam może zachwycona organizacją, ale meta była najbliżej.

Kasia z naszą arcyoryginalną reklamówką z BOSSa! 
29 kwietnia stawiłam się więc wraz z Kasią na starcie wyścigu. Godzina 9:00 - wszyscy rzucili się na położone w niewielkiej odległości przystanki tramwajowe i autobusowe. Komunikacja miejska przeżywa oblężenie. Nadgorliwość jest podobno gorsza od faszyzmu i z taką właśnie myślą w głowie siadam na ławce, gdzie oddaję się czynności wymagającej ogromnej precyzji, czyli skręcaniu papierosów. Ruszamy z około 45minutowym poślizgiem, no niech mają fory, a co!
Decydujemy się na miejsce, które rok wcześniej przyniosło mi tak wiele szczęścia, czyli Górczyn. Tam jednak na stacji benzynowej natrafiamy na niemałą ekipę w fioletowych koszulkach. Spokojnie, mamy czas. Przygotowujemy tabliczkę z kierunkiem podróży 'Wrocław-Katowice'. Papieros, krótkie rozmowy zapoznawcze, w tym nawet po hiszpańsku, bo oczywiście powstrzymać się nie umiałam.
Okej, stacja powoli pustoszeje, można się przenieść na moje upragnione miejsce, które wreszcie jest wolne. Tym razem nie zamknęłam się w czasie 5 minut, a jakichś 20. Naszym pierwszym kierowcą podczas tego wyścigu okazuje się Paco. Paco prowadzi kebaba w Głogowie (więc jakbyście zgłodnieli w tych okolicach, to zapraszamy!), a oprócz tego organizuje wieczory kawalerskie, imprezy integracyjne dla firm. Nasz kierowca okazuje się bardzo gadatliwy (chyba tylko ze mną mógłby się mierzyć! :), ale na szczęście opowiada na tyle ciekawie, że podróż do Leszna mija nam niepostrzeżenie.
Pierwszy stop, pierwszy kierowca. Paco.
Okej, pierwszy stop za nami! To może przerwa? Paco zostawiając nas w strategicznym miejscu przy KFC, sprawia, że problem obiadu sam się rozwiązuje, a my po 30 minutach wychodzimy pełne energii, gotowe na drogę do Budapesztu. 15 minut i kolejne auto się zatrzymuje.
Radość nieopisana, jedziemy do Katowic (tak, tak, wiem, że się wróciłyśmy do punktu wyjścia...)! Kiedy już pakujemy swoje drogocenne plecaki do bagażnika, do Mateusza, bo tak miał na imię nasz wybawca, podbiega dziewczyna pytając, czy czasem nie znalazłoby się miejsce również dla niej i jej kolegi.
Auto spore, Mateusz wielkie serce ma, więc oczywiście się zgadza.
W czasie drogi po raz kolejny okazuje się, że świat jest naprawdę mały. Podczas rozmowy dowiaduję się, że mamy z Mateuszem wspólną znajomą. Co więcej, akurat w czasie naszej podróży ona postanawia do niego zadzwonić, co wyglądało mniej więcej następująco:
<rozmowa Mateusza z Agą na jakieś tematy zawodowe>M: A tak w ogóle, to właśnie wiozę Twoją koleżankę, stopa łapała.
A: Co, jaką koleżankę?
Ja: Cześć Aga, tu Klaudia!
A: Klaudia Gje?! Co Ty tam robisz?
Ja: No właśnie sama się nad tym zastanawiam!
Świat, światem, ale podróż minęła dodatkowo miło ze względu na upodobania muzyczne naszego wybawcy, które idealnie odpowiadały gustom naszej czwórki.
Po kilku godzinach jazdy Mateusz postanawia zmienić swoje plany i podrzucić nas do Żor, skąd jak twierdzi, będziemy mieli już bezpośrednią drogę na Cieszyn. Oczywiście, przepełnieni radością dziękujemy, bo każdy kilometr przed zmrokiem jest niezwykle cenny.
Dochodzi jednak godzina 18:30, kiedy nasz kierowca mówi: "Wiecie co, jest już taka godzina, że najdalej, gdzie mogę Was rzucić to Cieszyn." Co, Cieszyn? Przecież do Katowic wracał, do domu! Ale Mateusz stwierdził, że jak już zabiera autostopowiczów, to wiezie ich przez pół Polski.
Przed 20 docieramy więc na cieszyńską stację benzynową. Pamiątkowe zdjęcia, wymiana kont na fejsie i żegnamy się z naszym cudnym kierowcą.

Nasz czwórka z najlepszym Mateuszem!
Oczywiście, nie mogliśmy być jedynymi parami na miejscu. Postanawiamy więc zrobić przerwę na jedzenie. Ala, bo tak nazywała się towarzysząca nam dziewczyna z drugiej pary, miała przy sobie czajnik, więc wybór padł na niezawodne na autostopie, a niezjadliwe w każdych innych warunkach, zupki. W tym celu A. udała się do hotelu, który znajdował się na stacji, żeby poprosić o możliwość podkradnięcia niewielkiej ilości prądu. Ona natomiast, oprócz tego, że wróciła z wrzątkiem, to jeszcze propozycją Pani, która pracowała tam na recepcji, żebyśmy rozłożyli się nocą w hotelowej restauracji na ziemi, bo przecież na zewnątrz zimno, a tam będzie ciepełko, prąd, woda. Jedynym warunkiem było, żebyśmy nie zostawili po sobie bałaganu i zwinęli się o 4 do głównej sali restauracji, bo szefowa miała przyjechać. Oczywiście ochoczo przyjęliśmy jej propozycję, bo o tej godzinie już niewiele aut się tam zatrzymywało.
Pojedzeni, to chyba czas na piwko, prawda? Po całym dniu podróży smakuje jeszcze cudowniej! :)
Niezbędnik autostopowicza!
Nasi towarzysze, Ala i Kuba, sprawili sobie bazę godną każdego, nudzącego się w domu, 6-latka.
Ful-profeszynal baza!
Dziewczyny poszły spać, a my postanowiliśmy z Kubą czuwać i, w przerwach na papierosy, pytać tankujących na stacji kierowców o ich destynację. Bezskutecznie, dlatego też około 1:30 połasiliśmy się na 2godzinną drzemkę. Nie wiem, czy gdyby pozbierać ten sen "do kupy", to wyszłoby 40 minut, bo gdzieś w nocy wyłączono ogrzewanie. Po 4:00 siedzieliśmy już w głównej sali, czekając na przybycie szefowej by w odpowiednim momencie zamówić herbatę udając, że przecież wcale nie spędziliśmy tu nocy. Ogarnęłam się, żeby zbytnio nie odstraszać kierowców. Moja towarzyszka również. A my tymczasem za każdym razem, kiedy na horyzoncie pojawiało się jakieś auto, wysyłaliśmy Kubę, żeby grzecznie wypytywał o podwózkę.
W pewnym momencie, gdy przyjechały na stację 2 tiry, zrezygnowany poprosił, żeby ktoś inny wyszedł się zapytać. Zerwałam się więc, a za mną ruszyła Ala. Jak łatwo się domyśleć, akurat ten jeden raz, kiedy Kuba był już zbyt zmęczony wychodzeniem i wypytywaniem kierowców, udało nam się z A. złapać dwa tiry prosto do Budapesztu. Podróż może nie była okraszona arcyciekawą rozmową, ale rozumiem, że nasz kierowca mógł być bardzo zmęczony, ale za to jaka wygodna! Kasia przespała na łóżku pana Arka calusieńką drogę, a ja, chociaż walczyłam z opadającymi powiekami, cieszyłam oczy widokiem słowackich gór.
Panowie wysadzili nas, po kilku godzinach jazdy, pod centrum handlowym gdzieś na obrzeżach węgierskiej stolicy. McDonald's i ich internet nieraz ratował skórę w podróży. Tym razem również postanowiliśmy skorzystać z tego dobrodziejstwa i odnaleźć drogę na camping. Jak się okazało ludzie są bardziej niezawodni niż technologie i Ala posługując się początkiem powiedzenia "Polak, Węgier, dwa bratanki..." w języku węgierskim załatwiła nam podwózkę pod sam camping.

Na mecie pojawiłyśmy się więc z oficjalnym czasem 27h27', zajmując tym samym 78. miejsce.
Muszę przyznać, że trasa raczej bezstresowa :)

Relacja z Budapesztu i Wiednia, o który zahaczyłyśmy wracając, już wkrótce!

piątek, 2 stycznia 2015

Subiektywna lista najgorszych świątecznych filmów



Święta, Święta i po Świętach!
W tym roku jedyne co udało mi się obejrzeć w trakcie Świąt, to jeden odcinek "Gry o tron".
Oficjalnie zakończyłam tradycję oglądanie filmów świątecznych, ponieważ:
a) obejrzałam ich już baaardzo wiele, a co roku właściwie telewizja serwuje nam to samo
b) wiele z nich jest po prostu słabych
I o tych kiepskich właśnie chciałabym dziś napisać. Zaczynamy listę filmów, które w przyszłe Święta możecie sobie z czystym sumieniem odpuścić:

1. Cztery Gwiazdki (Four Christmases)
źródło: filmweb.pl
Bardzo na czasie temat rodzinki patchworkowej. Cztery gwiazdki, cztery domy do odwiedzenia. Obecność Vincea Vaughna sugeruje, że miała to być komedia. No właśnie, miała... Mało zabawny, a do tego nudny. Nie ratuje go nawet urocza Reese.

2. Elf 
źródło: filmweb.pl
Z tego filmu chyba po prostu wyrosłam. Jest to typowe kino familijne - niewymagające i z morałem, jednak w moim wieku facet, który sądzi, że jest elfem, już nie jest przezabawny, jak zapewne kiedyś mi się wydawało, lecz irytujący. Ale Zooey Deschanel uwielbiam nawet tutaj! 
3. Jack Frost
źródło: filmweb.pl
Tutaj jest podobna sytuacja jak z powyższym filmem. Zbyt naiwny na mój szybko-starzejący-się gust. I proszę, jeśli reinkarnacje rzeczywiście istnieje, to nie chcę powrócić tu jako bałwan...
4. Muskularny Święty Mikołaj (Santa with Muscles)
źródło: filmweb.pl
Hulk Hogan, który z powodu amnezji daje sobie wmówić, że jest Świętym Mikołajem. Chyba nie muszę już nic więcej dodawać, żeby udowodnić, że ten film należy omijać szerokim łukiem?
5. Świąteczna gorączka (Jingle All the Way)
źródło: filmweb.pl
Przedstawia kwintesencję świąt, czyli pościg za upragnioną przez dziecko zabawką. No i czy do tej pory rozśmieszył Was jakikolwiek film ze Schwarzeneggerem? Tak też myślałam...
6. Wesołych Świąt (Deck the Halls)
źródło: filmweb.pl
Czyli bitwa o to, który dom będzie bardziej 'rozświetlony'. Oglądając, zachodzę w głowę: po co? Tym bardziej, że główny bohater zmaga się z problemami finansowymi. Nie wiem, może po prostu moja mentalność jest zbyt mało hamerykańska? 
 Powyższe filmy to dopiero początek góry lodowej kiepskich świątecznych filmów. A Wy, macie swoich "faworytów"?

Dzisiaj drugi dzień nowego roku. Nigdy nie robiłam żadnych postanowień, ale z racji tego, że zauważyłam, że 2014 był rokiem bardzo ubogim w książki, to postanowiłam podjąć poniższe wyzwanie, do którego i Was zachęcam. Challenge accepted!

Książkowe wyzwanie 2015
źródło: kwejk.pl

niedziela, 7 grudnia 2014

Spacerem wśród amsterdamskich kanałów, cz. 1

Mieliście kiedyś mnóstwo planów, a ostatecznie i tak z ŻADNEGO nic nie wyszło?
No, bo tak jest właśnie ze mną. Miał być Madryt - zrezygnowałam, bo Erasmus. Miał być Erasmus - okazało się, że nie ma dla nas pieniędzy. W taki właśnie sposób wakacje spędziłam w pracy, a co gorsze... w Sosnowcu(!) Lubię swoją pracę, tym bardziej, że ostatnio też zaczęłam prowadzić zajęcia z hiszpańskiego (tak, tak, zostałam lektorem!), ale tęsknię za Hiszpanią i za stopowaniem coraz bardziej.

Dlatego też z tej całej beznadziei postanowiłam powspominać, kiedy ostatnio było fajnie. Tak, czyli wracamy do majówki i spowitego zielonym dymem Amsterdamu.

Po odczekaniu godziny w kolejce pod prysznic, wreszcie mogłyśmy ruszyć na spotkanie z holenderską stolicą. Wyjątkowo zdecydowałyśmy się na tramwaj.
Polecam jedynie, jeśli czyjeś środki są nieograniczone, bo my, biedne studentki, po tej przejażdżce zdecydowałyśmy, że naszym jedynym sposobem przemieszczania się będą nasze, jeszcze zmęczone wczorajszą wędrówką, nogi. No bo co jak co, ale za 2,8, to ja mam 5 lidlowskich piw :P
Moje pierwsze wrażenie po dostaniu się na Leidseplein? Chaos. Komunikacyjny.
Ludzie wpychają się na szyny przed tramwajem i przed auta, a rowery przed wszystkimi.
Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że zaraz zginę pod jakimiś kołami. A większość czasu spędziłyśmy tam na poszukiwaniu informacji turystycznej, jednak bezskutecznie. Może dlatego, że każdy znak wykluczał następny?
Ale to chyba wina tego placu, bo później całkowicie zmieniłam zdanie o mieście, które okazało się poukładane, gdzie trudno się po prostu zgubić.
Leidseplein
Oprócz znikającej informacji turystycznej krwi napsuła nam również pogoda, która wygoniła nas do pobliskiego McDonald'sa, pomimo mojego wewnętrznemu sprzeciwowi względem tego miejsca.


Od razu zaprzyjaźniłyśmy się z tamtejszymi mieszkańcami.
Urocze nadkanalskie kawiarnie.
Po zagrzaniu się, które było w cenie mcdonald'owskiego cheeseburgera, wyruszyłyśmy na poszukiwania słynnego napisu IAMSTERDAM wizytówki miasta.

Piękne Rijksmuseum.
Urokliwe okolice muzeum.
 Zastałyśmy słynny napis w miejscu, w którym się spodziewałyśmy, miła odmiana po sytuacji z informacją turystyczną, jednak tłum turystów biegający z aparatami na szyjach, skutecznie uniemożliwiał sfotografowanie go w całości.

Taki już urok miejsc typowo turystycznych.
Mieniące się kolorami muzealne ogrody.
I ponownie samo muzeum.
Ścieżka rowerowa w okolicach muzeum.

Het Concertgebouw
Postanowiłyśmy pozwolić sobie "zgubić się" w Amsterdamie. Chodziłyśmy właściwie bez celu, czasem mijając po drodze atrakcje turystyczne, dziwiąc się przy okazji temu, że wszystkie Holenderki wyglądają tak samo.

Urocze kamienice!
Tyle Holandii na jednym zdjęciu - kanał i tulipany!
Dzień Dobry Panie Rembrandcie!

Nieuwmarkt, czyli Nowy Targ, który pojawiał się za każdym razem, kiedy się "zgubiłyśmy".
Słynny Dam, który przez ilość śmieci, które się tam przewalały, skutecznie nas odstraszył.

Cóż, patrząc na to, że z tej wycieczki wróciłam ponad pół roku temu, to muszę przyznać, że mam imponujące tempo pisania! Jak tak dalej pójdzie, to może do kolejnej majówki nie skończę opisywać tej wyprawy :)

Trzymajcie się ciepło!

Zapracowana Klaudia.